Gdyby wilki.

Autor: ankaa

Czas już opróżnić popielniczkę. Jest pełna niedopałków, następne już się w niej nie zmieszczą. Gdybym teraz wpadł w ciąg i nie mógł odejść od komputera przez kilka godzin, musiałbym rzucać pety na biurko, a nie lubię bałaganu. Tak już mam, że jeśli coś mnie zdenerwuje, palę jak smok. Gdy przychodzi to, co niektórzy nazywają natchnieniem, z reguły jestem bardzo zdenerwowany.

Kiedy byłem młody i naiwny, czytałem taką książkę Neila Gaimana, "Wilki w ścianach". Nie rozumiałem, co w niej jest strasznego. Przecież czy cokolwiek stanie się, jeśli wilki wyjdą ze ścian? Tak łatwo je przegonić precz, czego dowodziła sama historyjka. Przegonić tam, gdzie nigdy nie spotkają żadnego człowieka.

Ludzie boją się wilków. Ale mogą zrobić im krzywdę i stanowią dla nich takie samo zagrożenie, jak oni dla nas.

Któregoś dnia wyszedłem im na spotkanie i zawołałem je, by podeszły bliżej. Byłem ciekawy, co się stanie. Czym jest ciekawość, wie każde dziecko w przedszkolu - i może dlatego mało kto przywiązuje do tego stwierdzenia jakąkolwiek wagę. Najłatwiej zapomina się o pojęciach elementarnych.

Organizm broni się przed zaakceptowaniem intruza. Każda nowa myśl, obca z dotychczasowym systemem, traktowana jest jak wróg i tępiona, spychana gdzieś w głąb podświadomości. Niektórym udaje się to natychmiast, inni toczą ze sobą długie walki - i zdarza się, że ulegają. Wówczas to nowe zaczyna dominować. Zwykle rozprzestrzenia się w jakimś nieziemskim tempie i już wkrótce okazuje się, że to, przed czym broniliśmy się jak przed końcem świata, wcale nie jest takie złe.

Oczywiście zdarzają się bunty, ale to wszystko zależy od jednostki.

Demony opanowały mnie bardzo szybko. Cóż, byłem ciekawy, co się wydarzy. Gaiman pisał, że to będzie koniec. Muszę przyznać, że miał rację. Od tej pory nic nie było takie jak kiedyś.

Pierwszy z nich odezwał się w mojej głowie nagle. Jednego dnia byłem radosnym chłopakiem, którego najpoważniejszym problemem był sprawdzian z fizyki; drugiego zaś on już próbował mnie kontrolować.
Namawiał mnie do buntu. Poddawał bezlitosnej krytyce wszystko, w co kiedykolwiek wierzyłem, a ja nie mogłem nic zrobić. Był zbyt silny, zbyt wygadany. Inteligentny. Na każdy mój kontrargument miał przygotowane dziesiątki pytań, które w mig obalały wszystkie teorie. Skłaniał mnie do rzeczy, które oznaczały w moich nastoletnich oczach całkowity upadek moralny: ściaganie, wagary, przekleństwa, przemoc, papierosy. Próbował jeszcze z alkoholem i narkotykami, ale te nie przeszły, gdyż walka z tym natarczywym głosem tak mnie wyczerpała, iż mogłem tylko leżeć i wypoczywać. Nie należy jednak sądzić, że wówczas dał mi spokój. O nie, nic z tych rzeczy! Moje przemęczenie tak go ucieszyło, że zabronił mi wstawać. Mogłem spędzać całe dnie na leżeniu na wznak, gapieniu się w muchy na suficie i gadaniu z tym moim nowym "przyjacielem", jak to się szumnie a nieszczerze nazywał.

Udało mu się w końcu. Prawie. Prawie przekonał mnie, że jest najlepszym, co mnie spotkało. Otworzył mi oczy na wiele spraw i pokazał, że świat to nie tylko to, co za świat uważałem.

Gdzieś wewnątrz mnie wciąż było to coś, co się buntowało. Tęsknota za starym porządkiem. Zwykle nie wiedziałem, że za nim tęsknię; czasem tylko on sam się we mnie ujawniał, a mój "przyjaciel" wpadał wówczas w szał. Tak samo ja kiedyś reagowałem na niego. Tyle że on wciąż wygrywał. Nie miałem mu tego za złe. Tak miało być. On był częścią mnie i nie mogłem go odrzucić. Jeśli pragnąłem spokoju - który przecież zniknął - musiałem żyć z nim w zgodzie. I nawet żyłem.

Uległem mu do tego stopnia, że nie pozwoliłem się leczyć. Dobrze wiedział, co powinienem robić i mówić, żeby dali mi spokój - i robiłem to, w jakiś sposób zafascynowany nim i sobą samym... Zdawało mi się, że teraz potrafię wszystko.

Potem pojawiły się następne.

Któregoś dnia poszedłem do kuchni po kanapkę i zobaczyłem w niej kogo

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy