KAY-rozdział szesnasty

Autor: Robert-Altamiro

Rozdział szesnasty


Ostatnie tęskne spojrzenie na ukochaną...ostatnie czułe jej objęcie...westchnąwszy Apollo udaje się na spoczynek czego nie może uczynić agentka sekcji:

"Ciekawe kiedy będę mogła podziwiać takie cuda przyrody...ymmm na hamaczku z drinkiem w ręku...można tylko pomarzyć...dobra skup się bo masz robotę"

Będąc pod jednym z okien rezydencji dzwoni z komórki:

-Chaaya do Orlicy
-Tu Orlica,co masz?
-Coś się dzieje.
-Co?
-Nie wiem,coś wielkiego...jest tu rodzina Genovese i Colombo
-Jesteś pewna?
-Jak to że cię słyszę Patrick.
-Wybacz nam na chwilę.
-Tylko nie zwlekajcie,nie wiem jak długo mnie nie odkryją.

W siedzibie sekcji:

-Co to może oznaczać?
-Nie mam pojęcia.
-Coś planują.
-Tylko co...
-Nic dobrego.
-Niech wraca.
-Zgłupiałeś,może się jeszcze coś dowiedzieć.
-Albo zginąć.

Spojrzenie Orlicy:

-Zostawcie nas na chwilę.
-Będą się kłócić-wychodząc.

Po wyjściu współpracowników:

-To nie twoja decyzja
-A szkoda...
-Zarzucasz mi że źle kieruję akcją
-Owszem.
-Jak śmiesz...
-To ty jak możesz...
-Uspokójcie się! Obydwoje!

W sztabie dowodzenia pojawia się główno dowodzący.

-Przepraszam.
-Ja również.
-O co chodzi? Słychać was na korytarz.
-Chaaya coś odkryła
-Co?
-Spotkanie dwóch największych rodzin mafijnych w Nowym Jorku.
-Wiemy o co chodzi?
-Jeszcze nie.

Spojrzenie komandora

-Mamy ją na linii?
-Tak
-Mówi komandor Johnston

Głucha cisza

-Czemu nie odpowiada?
-Coś jej się stało
-Przez ciebie
-Cicho!...

Odchodząc na bok agenci coś sobie wyrzucaja,gestykulając rękoma

-Chaaya! Słyszy mnie?!

Bez odzewu:

-Jesteś tam?! Odezwij się! Chaaya!
-Słucham
-Czemu się nie odzywasz?
-Myślałam że...
-Co?
-Nie ważne.
-Na pewno?
-Tak komandorze.
-Co usłyszałaś?
-Mówią o niebieskim ptaku.
-Masz pewność?
-Tak

Komandor milknie błądząc gdzieś myślami.

-Tu Patryk,co dokładnie usłyszałaś?

Brak odpowiedzi

-Jesteś tam?
-Anioły milczą.
-Co?

Cisza...w sztabie:

-Rozłącz się.

Po chwili

-Mają ją.
-To twoja wina.
-Moja?
-Ty ja tam posłałaś
-Przestańcie...to nic nie da.

Na terenie posiadłości:

-Skąd tu się wziełaś suko.

Związawszy agentkę najemnik idzie do willi...przed dźwiami sali:

-Obradują.
-Przestaną.

Wszedłszy do środka:

-Co tu robisz?
-Nie wiesz że nam się nie przerywa?
-Wybacz Bossie,nie mam wyjścia.
-Mów.
-Mamy psa na terenie posiadłości.
-Co?
-Policja u mnie?!-wstając zza stołu.
-Podejrzewam że gorzej,nie ma zadnej odznaki.
-To nie dopuszczalne!
-Jak do tego doszło?!
-Cisza!

Członkowie rodziny milkną

-Zostańcie tu a ty zaprowadź mnie do tego psa.
-To ona-wychodząc
-Suka pożałuje że tu weszła.

Z czarnego suwa wysiada kobieta...odwraca się:

-Christi?-zniedowierzaniem-jakby stojący przy drugim samochodzie mężczyzna zobaczył ducha.
-Ty...suko!

Policjantka powala próbujacą zaatakować ją kobietę:

-Schowaj broń Carlo
-Oddaliśmy je Tobie,a ty je zabiłaś! Miałaś je chronić a one zgineły!...przez ciebie!...moje kochane dzieci...no weź mnie zabij!...
-Nie zrobie tego...
-Na co czekasz?...bez nich i tak nie mam po co żyć!
-Nie mamy...
-Są tutaj.
-Co?!
-Gdzie?
-We willi.
-Ona kłamie.
-Co robisz mamie?
-To nie możliwe...
-Ja chyba śnie...

Christi scho

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy