Kirszbrahanówna [fragm. powieści]

Autor: teksty
grafii, wszystko jedno, ktoś tak wierzył, ktoś się bał, ważne, żeby Żydzi wyjechali. Ktoś im też zazdrościł, bo jechali do wielkiego świata. * Olo tak samo któregoś dnia zniknął z podwórka i ze szkoły. Kilka razy w roku w starym piastowskim grodzie, brukowanymi teutońskimi ulicami sunęły wielkie pochody, ludzie, maszyny, transparenty i portrety. Stały ciężarówki z piwem, kiełbasą i lodami. Powietrze wypełniała blaszana muzyka. Na naszym podwórku żyliśmy niewinnie i naiwnie. Wychodziliśmy na wiosenne rozlewiska, żeby dręczyć żaby, przebijać je aluminiowymi szpikulcami na końcu długich tyczek, wycinanymi z pobliskiego lasu. Z betonowych bunkrów wyciągaliśmy pordzewiałe hełmy, menażki, łuski, odłamki. Bagnetami rzucaliśmy w drzewa jak w brzuch wroga. Wrogiem byli Niemcy. Ale wrogiem nieswoich już dawno nie byli pokonani Niemcy. Wtedy nie wiedziałem, że wrogiem nieswoich, teraz byli swoi. Nasi. My. * Dopiero po latach zrozumiałem, że oni – była wśród nich nasza sąsiadka Rózia ze siostrą bliźniaczką - wcale nie przenieśli się do innej dzielnicy. Wszyscy, nagle, razem zniknęli? Teraz wiem, że oni byli nieswoi. To ich nazwiskami dudniły maszyny. A nasz gród nie był aż taki słowiański ani piastowski. Te dziwne, obce napisy na murach, na klatkach schodowych, na kafelkach wygrzebywanych z gruzów. Nieswoje były te białe, suche placki z mąki, i te słodkie i twarde smakołyki z maku i karmelu, w małych ponurych sklepikach, których wejścia zagradzały beczki kiszonych ogórków. Czułem napór ciężkich fasad kamienic, pokrytych sadzą i kurzem, ale przecież nie wiedziałem, że za firankami i oknami z łuszczącą się białą farbą toczy się życie nieswoje. Tego dowiedziałem się tam, w małym i sennym miasteczku, na które nikt nie mówił wtedy sztetł. – Takie miasteczko jak moje? Czego od niego chciałeś – Hala próbowała unieść trochę ciało, by oprzeć głowę wyżej. Pokazałem jej przyciski po bokach łóżka, o których wciąż zapominała, kiedy chciała zmienić położenia materaca. * Mąż najpierw nie chciał, ale potem obaj siedzieli godzinami w bibliotece. W nocy w jego pokoju cień chodził wszerz i wzdłuż, tliło się żółte światło. Koło szafy stała walizka. Tyle miał. Ciągle jechał do Polski, z której ojciec przywiózł ciężkie skrzynie papierów, kiedy inni zwozili pianina i kiełbasy. Dla mojego męża to było więcej warte niż niekoszerne wyroby wędliniarskie. To była jego walka ducha z materią. W końcu zwyciężył duch, mąż umarł, a ona została z biblioteką profesora historii żydowskiej i z pudłem dzienników, o których nie wiedziała, że istnieją. * - Chciałeś ułożyć sobie życie? Szukałem dźwigni i przycisków, żeby się nie dać wirowi, który chciał wessać moją głowę pełną ideałów, w otchłań hipokryzji. Wyjechałem do miasteczka. Niebieski autobus stanął na placu wśród wysokich drzew w jesienny dzień. Ciepły wiatr w ciszy unosił znad pustego chodnika szeleszczące liście i niósł je w stronę kilku komunalnych ruder, świeżo pomalowanego domu partii i posterunku milicji. Opodal skweru z wyłożonym kafelkami sklepem mięsnym, za niskimi krzewami zobaczyłem coś całkiem odmiennego, obcego i najwyraźniej nieswojego. Wysoki dwuspadowy dach na solidnych ścianach z podporami i wieżą, jakby basztą. I litery. Właściwie, skąd wiedziałem, że te kanciaste ornamenty, to napis? Bo stały w szeregu i jakby mówiły czytaj nas. Na pewno coś powiemy, nie możemy nic znaczyć, skoro tkwimy na ścianie tajemniczej budowli. Ulica wtę, ulica wewtę, rankiem łatwo trafiłem na zakręcie głównej drogi do domu kultury. Dyrektor, jakby czekał i nie czekał, bo wiedział, że ten kto przyjdzie, wkrótce pójdzie i znów ktoś przyjdzie. Nie miał oczekiwań ani żądań. Wyjął z szafy ciężki klucz, z szuflady biurka opieczętowaną umowę i jeszcze jedną kartkę. N

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy