Kosodrzewina vel. Żeglarz

Autor: saidaq

 

            Nie pamiętał, kiedy to wszystko się zaczęło.  Nie wiedział już, że jest kosem. Nie pojmował, po co mu reszta świata, po co latanie nad nim. Wypełniony był śpiewem dla Niej. O tym, co czuł, co widział, o Niej. Ona tymczasem z nieśmiałego drzewka przeobraziła się w dumną brzozę, której liście osłaniały go pewnie, która swą rosnącą potęgą oblana była jego miłością.

Przestał rozumieć inne ptaki, ich śpiew zaczął być dla niego tylko dźwiękiem. Jego pieśni były wyjątkowe, były dla Niej. To Ona dawała im piękno, którego nie miał nikt.

            Dopiero dzięki Niej wiedział, że jest świat. Stojąc pewnie pośród gałęzi, wyginając się na swych wątłych nogach, czuł, że zdobywa rejony, których nigdy nie miał. Widział dalej, niż kiedykolwiek sięgał jego wzrok.

Od czasu do czasu czuł bryzę nadlatującą znad  morza. Wiatr ten miał przez Nią miejsce w jego duszy. Zawsze bał się ogromu wody, gdzieś tam w oddali, której oddech przybywał tym tajemniczym powiewem. Uwielbiał bezkres niebios i wiedział, że morze jest do niego podobne. Uwielbiał piękno zieleni świata, czuł że morze też ma w sobie to piękno. Kochał ogrom swojego uczucia, a ono szeptało mu, że jest jak morze.

 

            Kolejnego lata odkrył, że uwielbia ją budzić. Wstawał jeszcze przed świtem. Ona była już na tyle duża, że wzlatując na jej najwyższe gałęzie bał się oddalać od miejsc niższych, które też przecież tak bardzo kochał. Siadał na Jej szczycie i zaczynał najpiękniejszą pieśń, jaką podszeptywało mu jego rozpalone serce. Płonął cały błogim ogniem i widział, jak Ona spokojnie daje się oblewać wstającym słońcem podawanym przez niego.

            Dzięki temu, że urosła, z miejsca w którym śpiewał, zaczął widzieć więcej. Wzrok jego wędrował w zakochaniu po całej otaczającej polanie. Mógł zobaczyć to, co było za wzgórzami, widział las… aż pewnego poranka z wierzchołka ukochanej zobaczył w oddali coś wielkiego, niebieskiego. Morze! W duszę wbiło mu się przerażenie. Wystraszony zleciał szybko w najgęstsze miejsca Ukochanej, by skryć się cały w jej liściach. Bał się. Małe serce stukotało. Więc to było ono! To ogromne, to niebieskie, wielkie. A on taki mały mały… Ale ma Ją. Skrył się w głębinie jej gałęzi.

 

            Następnego roku odważył się znowu śpiewać z jej szczytu. Zbyt Ją kochał, aby pozwolić, by co dzień budziła się słysząc śpiew dochodzący gdzieś spomiędzy ciemnych, zielonych liści w dole. Ona musiała słyszeć go z nieba! Gdy pierwszy raz od miesięcy znowu wzleciał w górę, małe serce biło mu zbyt mocno, by od razu zacząć pieśń. Stał tam i patrzył. Widział dużo wyraźniej niż wtedy, niebieską przestrzeń gdzieś tam, tak zimną i tak potężną, tak tajemniczą, straszną. Ale stał na Niej, Ona tu była i kiedy o Niej myślał, wiedział, że morze nie jest mu na tyle straszne, by Jej nie kochać swym głosem. Po chwili śpiew jego nieśmiało wypełnił polanę i wplótł się pomiędzy Jej liście. Śpiewał Jej o tym, co widzi, o tym jak jest jedyna i o tym, że nigdy Jej nie zostawi. Ale czuł, że Ona najbardziej lubi słuchać o tym, czego on najbardziej się bał.

 

            Z czasem, im dłużej opisywał Jej morze, tym bardziej przełamywał w sobie niechęć do niego. Zauważył, że jemu też opowieści te sprawiały przyjemność. Nie tylko dlatego, że kochał sprawiać Jej radość. Zaczął czuć w sobie ciekawość i strach. Poza miłością zjawiły się one, a kiedy patrzył w niebieską dal czuł, jak rosną. I czuł też, że jego śpiew mógłby wiedzieć więcej, być bliżej, być bardziej… Ale wciąż obawiał się tego bezkresu, czuł, że jego potęga przygniata. Mówił Jej o tym wszystkim, śpiewał całą swoją duszą. W pieśniach swych wzlatywał nad tę wielkość, by zamykając czarne oczy ukoić się w bezkresie, czując przy sobie pewność bycia z Nią.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy