Latanie

Autor: Johnny_Grotesque

 

 

            Dzień poprzedzający niespodziewane nadejście złotej pory był niezwykle dziwny; powietrze stało się nagle wyjątkowo ostre, a wiatr porywisty bardziej niż kiedykolwiek. To podobno wtedy, zmęczone gorącem lato, miało wołać jesień wcześniej niż zwykle. Zaskoczone niebo przybrało barwę morskiej głębiny, a rażące promienie cięły wszystko na kawałki, w nocy zaś lato dziwnie łypało okiem pełnego księżyca, dając niezrozumiałe dla ludzi znaki. O poranku jesień już była; rozgoszczona tak, jakby nigdy nie odeszła. Świerszcze i żaby z łąki zostały zmuszone do zaprzestania koncertów, a zapach lasu stał się niespostrzeżenie przyjemnie zgniły. Liście nagle poczuły zmęczenie, a ich ogonki zrobiły się stare. Z bólem znosząc przytwierdzenie do gałęzi, zaczęły odchodzić w ramionach wiatru. Ludzie z Zardzewiałej Podkowy nie widzieli w tym wszystkim niczego dziwnego: „Przyszła wcześniej, ot co” – tłumaczyli sobie, bo życie płynęło dalej, krowy czekały na wydojenie, konie na owies, a koguty piały jak co rano. Tylko starzy patrzyli za okno w zamyśleniu, mając w pamięci nadprzyrodzone przypadki, jakie wczesna jesień już przynosiła do Zardzewiałej Podkowy.

          W tej zapomnianej wiosce, dawno temu pożartej przez lasy, żył mały, ciemnowłosy chłopiec. Zwał się Alek i od urodzenia był poważniejszy od swoich rówieśników. Nie interesowały go pospolite zabawy, czy bzdurne przechwałki chłopców, a chociaż głowę miał jeszcze małą i kończyny dość krótkie, to jego baczne, mądre spojrzenie, dodawało mu lat. Do czasu nadejścia jesieni rodzice nie mieli z nim problemów, bo poza nietypowym dla swojego wieku usposobieniem był dobrym dzieckiem. Uczęszczał do chaty zwanej szkołą, pomagał w gospodarstwie, a nawet służył do mszy.

W parę dni po odejściu lata, wydawał się jakby odurzony. Chodził z błogą miną, w sen zapadał na siedząco i nikt nie mógł z nim się dogadać. Najstarsi ludzie w Zardzewiałej Podkowie, ci których uszy były wielkie jak u słonia, a brody sięgały skraju lasu, mówili, że zmiana w drobnym chłopcu musiała nastąpić właśnie tego poranka, który miał być letnim, a na przekór wszelkim znakom lasu stał się jesiennym. „Zmienił się wraz z pożółknięciem pierwszego liścia” – twierdzili.

         Alek od zawsze marzył o lataniu. Już od chwili, gdy zaczął chodzić, obserwował ptaki i skrzydlate owady, skrycie marząc, że któreś z tych stworzeń, przemówi w końcu ludzkim głosem i to w jednym celu - będzie chciało zamienić się ciałem. Czekał wiele dni, ale żadne ze zwierząt nie przejawiało chęci przywdziania ludzkiej skóry. W końcu zrozumiał, że takiej zamiany mogłoby chcieć jedynie zwierzę obłąkane, szalone na tyle, by nie czuć przyjemności z latania, gotowe oddać ten wspaniały przywilej w zamian za męczące obowiązki i udręki ludzkiego życia. „Kto by chciał zostać człowiekiem” – rozmyślał, podczas gdy inne dzieci grały w piłkę, mordowały jaszczurki i uczestniczyły w innych, rozmaitych zabawach.

         Owego dziwnego dnia Alek spał dłużej niż cała wioska. Nie zbudziło go pianie kogutów, ani żołędzie spadające przedwcześnie na parapet. Jego sen był podobny do wielu poprzednich: fruwał nad lasami tak wysoko, że wszystko stało się plamą w różnych odcieniach zieleni, z małymi niebieskimi żyłkami i plackami. Nie posiadając skrzydeł, wykonywał wielkie susy po sprężystych, niewidzialnych schodach, których stopnie amortyzowały i wybijały jak wspaniała galareta. Szybował w ten sposób nie myśląc o niczym, kiedy z chmur niespodziewanie wyłoniło się stadko bocianów. Alek, na co dzień małomówny i skryty, krzyknął radośnie w ich stronę: „Umiem latać!”, ale one głuche na jego radość, skupiały się na locie. Zaskoczony obojętnością ptaków, nie zastanawiając się długo wrzasnął: „Nie potrzebuje tych durnych skrzydeł!” . Wtedy bociany, jakby urażone tym stwierdzeniem, skręciły wprost na niego. Widząc zbliżające się wielkie czerwone dzioby, ze strachu przed staranowaniem popuścił w spodnie. Ptaki jednak mijały go po kolei; obojętnie i bezdźwięcznie. Oczy chłopca zaczęły napełniać się łzami. Ogarnął go niezrozumiały smutek. Nagle ostatni mijający go bocian, nie przerywając lotu, odwrócił długą szyję i rzekł niskim głosem: „Jesień namieszała i musimy lecieć; sen przestał być snem; zejdź i sprawdź czy jesteś w łóżku…” – po tych słowach, zwrócił dziób z powrotem w kierunku lotu.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy