Latanie

Autor: Johnny_Grotesque

         Zdziwiony dziwaczną informacją ptaka, pierwszy raz dopuścił do świadomości możliwość, że może znajdować się we śnie. Poczuł otępiający zawód jaki zwykle czują ludzie, kiedy coś niezwykle upragnionego, po raz kolejny okazuje się fikcją stęsknionej wyobraźni. Stał tak między niebem a ziemią, niby zorientowany w swojej sytuacji, a jednak coś nie dawało mu spokoju. Po chwili przypomniał sobie zalecenie bociana, aby sprawdził czy jest w łóżku. „Sen przestał być snem” – dźwięczało mu w głowie magiczne zdanie, kiedy schodził po niewidzialnych schodach, prosto do otwartego okna swego pokoju. Pokój wyglądał tak jak zawsze, łóżko było puste i niepościelone. Z dworu słychać było zwykłe dźwięki dnia; ktoś coś krzyczał, gdzieś rżał koń, po rynnie skakały wróble, a on - Alek, właśnie wrócił z przestworzy. Ogarnięty masą euforycznych emocji nie mógł ustać, bowiem jego głowę drążył niesamowity wir prawdy. Siadł na łóżku i uśmiechał się do ściany.

         Było południe i matka chłopca wypełniwszy wszystkie poranne obowiązki gospodyni, szwendała się po domu w poszukiwaniu niewiadomo czego. Nie omieszkała też zajrzeć do pokoju Alka, i jak wielkie było jej zdziwienie, gdy ujrzała syna w piżamie, z mokrym kroczem i uśmiechem od ucha do ucha, w czasie, w którym miał być w chacie zwanej szkołą. Bojąc się o stan zdrowia syna, jeszcze tego samego dnia zabrała go do znachora. Niemłody mężczyzna z kłębami włosów wystającymi z uszu i brwiami jak najgęstsze krzaki, stwierdził, że chłopak jest zdrów jak ryba. Diagnoza ta nie wystarczyła jednak matce. Kobieta widząc, że z jej synem dzieje się coś dziwnego, postanowiła dać mu jeszcze kilka dni wolnego od wszelkich obowiązków, włącznie z chatą zwaną szkołą. Te kilka dni nic nie zmieniło. Alek pozostawał w stanie błogiego odurzenia. Jego ojciec, drwal twardo stąpający po ziemi, też martwił się o swojego pierworodnego. Przeziębienia męczące resztę ich dzieci, trapiły go bardziej. W końcu przekonał też żonę, że należy raczej zająć się resztą pociech, a Alkiem wtedy, kiedy będzie na to czas. Sam, zaskoczony wczesną jesienią skupił się na wyrębie. Wchodząc z toporem do lasu oznajmił żonie, że wróci przed pierwszym śniegiem.

                                                        ***

         Jesień bezwstydnie się rozhulała. Ludzie z Zardzewiałej Podkowy zostali okraszeni przejściowym nalotem. Ich cera stała się nieco złota, a ręce zimne. Drogi łączące kilka gospodarstw zamieniły się w podłużne bagniska i nawet konie spoglądały na nie z niechęcią.

         Alek nie wspomniał nikomu o swojej nowej umiejętności unoszenia się nad jesiennym błockiem i deszczowymi chmurami, a gdy wszystkie dzieci poczęły narzekać na dymną mgiełkę gryzącą w oczy i nozdrza, on tylko się uśmiechał. Kiedy inni chłopcy wracali ze szkoły uwalani w błocie, czarni jak węgiel, on był czystszy niż po kąpieli, a ubranie miał bielsze od świeżo upranego. Codziennie bywał w chacie zwanej szkołą, jednak nikt nie widział żeby rzeczywiście do niej chodził. Po prostu pojawiał się niespodziewanie i w podobny sposób znikał. Dzieci śmiały się, że niczym człowiek kret wykopał podziemny tunel. Pojawiły się też głosy jakoby miał posiadać czółno i przepływać niespostrzeżenie lasem, przez jesienne bagniska moczące pnie drzew. W końcu, nie mogąc znaleźć racjonalnego wytłumaczenia, w ramach zemsty za swoją niewiedzę, zaczęły go wyzywać od wszelkiego rodzaju dziwadeł i zaczepiać na różne sposoby, co bardzo zraziło go do chaty zwanej szkołą. Zrobił więc sobie przerwę, bez reszty oddając się podniebnym podbojom. Dzieci niepocieszone zniknięciem obiektu haniebnych zabaw, nudziły się niezmiernie w tępym rytmie krótkich dni. Tymczasem Alek podziwiał obnażone piersi podniebnych syren wylegujących się beztrosko na pierzastych chmurach, a ich wspaniały śpiew dawał mu ukojenie i pozwalał zapomnieć o surowości życia uzależnionego od grawitacji.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy