Latanie

Autor: Johnny_Grotesque

- Czy można wiedzieć co państwo robią na tej wysokości? – Wszystkie głowy skierowały się w jego stronę, a najbardziej wyróżniający się człowiek, mężczyzna z wypalonym do połowy papierosem, długą brodą w kolorze, który nie istniał i włosami zaplecionymi w warkoczyki, rzekł:

 - Po prostu lubimy latać. – Gdy to mówił biegał oczami kreśląc koła.

- Ale ci na dole nigdy nas nie zrozumieją – dodała dziewczyna w różowych okularach.

- Za to ty dobrze rozumiesz ich, kiedy jesteś głodna – śmiał się jeszcze inny; wyglądający i zachowujący się dość normalnie.

Alek nie umiał odnaleźć się w tym towarzystwie. Nie rozgryzł też sensu gry, którą toczyli, ale czuł niemałą ulgę, widząc tłumy unoszących się ludzi, którzy tak samo jak on, przestali zwracać uwagę na przyciąganie. Zrozumiał wtedy, że nie może być aż takim dziwadłem, jakim mianowały go dzieci z Zardzewiałej Podkowy.

          Udał się w kilkudniową wędrówkę. Spał na chmurach, pił deszcz, a jadł to, czym częstowali go inni latający. Fruwał nad żółtymi terenami, gdzie ludzie znacznie różnili się od tych spotkanych na początku podniebnej wędrówki. Niektórzy mieli czarną skórę, inni długie brody i śmieszne kosmki włosów wyglądające jak makaron. Oni twierdzili, że nigdy nie wracają na ziemię, bo to by się źle skończyło. „Przynajmniej nie do swoich krajów” – powtarzali zgodnie. Potem los skierował go nad surowe tereny; pofałdowane mniej lub bardziej, zielone i żółte. Tam jak wszędzie, też byli ludzie. Posiadali oni oczy tak surowe jak kraina, w której mieszkali; obojętne i wypłukane, niby rybie. Wznosili się może na wysokość wieżyczki kościoła w Zardzewiałej Podkowie, a ludzie, o dokładnie takich samych oczach i też posiadający zdolność latania, zamiast fruwać razem z nimi, łapali ich za nogi i ściągali na ziemię. Podczas wędrówki, która trwała już ponad tydzień, Alek, przypominając sobie matczyną troskę i twardy pas ojca, postanowił wrócić do Zardzewiałej Podkowy. Nie wiedział jednak, gdzie się znajduje, a tym bardziej jak się udać w stronę domu. Znowu był nad żółtą krainą i patrząc smutno w dół, nie mógł zrozumieć, dlaczego czarni ludzie biegają na golasa jesienią.

         Chwilę po tym, jak zachciało mu się wracać, pojawiły się podniebne syreny. Chłopak, któremu już sypał się zabawny wąsik, nie wiedział czy to niebiańsko wyeksponowana nagość syren, czy może skojarzenie ich z niedawnym szybowaniem nad Zardzewiałą Podkową, sprawiły, że w magicznej hipnozie płynął za nimi, wdychając wspaniały zapach, delektując się przepięknym śpiewem i odgarniając gęste pierzyny chmur. Niewiadomo kiedy znalazł się na cumulusie wiszącym nad jego chatą. Podniebne syreny rozpłynęły się gdzieś w powietrzu, a on zszedł po niewidzialnych schodach do okna swego pokoju.

                                                        ***

         Gdy Alek schodził z nieba wracając ze wspaniałej wyprawy, został przyuważony przez wiekowego Zachariasza, który miał zwyczaj przesiadywania godzinami w oknie i obserwowania stojącego w miejscu życia wioski. Widok chłopca stąpającego po niewidzialnych schodach, nie zadziwił go. „Z pożółknięciem pierwszego liścia” – rzekł sam do siebie, patrząc na chłopca zamykającego za sobą okno.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy