Magia czystego serca

Autor: Naznaczona

Na skraju nadwarciańskiej krainy, żyła sobie zwiędnięta staruszka.

W okolicy jej nielubiano, w głównej mierze, za jej nieprzyjemny charakter, jak i za nieprzyjemną aparycję.
Krzyczała, klęła, złoweczyła pod nosem.
Wielu z szanowanych mieszkańców nieraz widziało jak pluła za nimi, gdy przechodząc obok niej w powietrzu stawiali znak krzyża, mówiono nawet, że rzucającą złe omeny.
 
Wszyscy znali jej postać, oczywiście nikt nigdy z nią jednak nigdy nie rozmawiał.
Bo i o czym? Mieszkańcy byli bogobojni i...tchórzliwi.

Bali się jej, szydzili, zdarzało się, że co odważniejsi rzucali w nią kamieniami.
Dzieciaki wygłupami robiły z niej pośmiewisko.

Wygląd miała zgoła paskudny. 
Na jej plecach wyrósł wielki spiczasty garb, który nosiła niczym wielbłąd wodę.
Nigdy nie patrzyła nikomu w oczy.
Mamrotała coś pod nosem, a w kieszeniach chowała okruszki starego chleba.

Gdyby ktoś przyjrzał się jej rytuałom, wiedziałby, że codziennie szła nad piękną, starą, tajemniczą rzekę.

Siadała pod starą wierzbą i rozglądając się uważnie czy nikogo nie ma wokoło, rozsiadała się pokracznie. Potem zaczynała zdejmować łachmany, kładła obok siebie na trawie skarby wyciągnięte z kieszeni i zaczynała nucić.
 
Gdyby przypadkowy zbłąkany obserwator nadal wodził za nią wzrokiem, dostrzegł by coś, co zapewne by go zadziwiło.

Najpierw pojawiał się łabędź, za nim jego piękna małżonka, która jednak nigdy nie podchodziła zbyt blisko. On, wielki, dumny i zdumiewającą odważny siadał przy jej nodze i..pozwalał jej gładzić swoje skrzydła, jedząc okruszki z jej dłoni. Zawsze niedojadał części i wycofując się z pełnym majestatem, przenosił w dziobie resztki na brzeg, gdzie składał je ukochanej.
 
Patrzyła za nimi długo, przyglądała się ich delikatnym ruchom, barwie i nasłuchiwała dziwną rozmowę, jaka między nimi się zdarzała.
 
Potem przybywał dziki, według wszystkich najdzikszy, okoliczny wilczur. Ludzie na jego widok chowali się w popłochu, przypominając sobie zasłyszane opowieści o wszystkich tych pożartych kurach i pogryzionych dzieciach. Nikt tego naocznie do przeżył, ale skoro wieść niosła...
Podchodził do niej od zarośli, przynosząc ze sobą niemiły zapach resztek jedzenia, w którym próbował odnaleźć coś dla siebie. Przyszpitalny śmietnik dawał mu szansę na przeżycie kolejnego dnia.
Nie przeszkadzał jej ten zapach. Gdy kładł jej się na nogi, swoim wielkim, chodź wychudłym ciałem ogrzewał jej sztywne stawy. Patrzył jej w oczy tak ufnie...a on widział. to czego nie dostrzegali ludzie.
Głupcy...
Dlaczego tak łatwo można było zwieźć ich wzrok? W jej młodych oczach nadal błyszczał butny gniew miłość niepohamowana do życia.

Wilczur, jak przystało na wytrawnego łowczego, swym psim instynktem wiedziony, wyczuwał, że w tych niezwykłych oczach kryje się trudna historia, której końca ani początku nigdy dane mu nie będzie poznać.
Karmiła go resztkami wędlin, które dostawała od pobliskiej dozorczyni. Wiedziała, ze sama żyje skromnie i odmawia sobie od ust, tym bardziej doceniała ten ludzki odruch.
 
Potem gdy odchodził wilczur, syty i ogonem merdający, pojawiał się jastrząb.

Nigdy nie podchodził do niej bliżej niż na trzy jej zwinne kroki. Bo gdy upewniała się, ze mrok zaczyna nadchodzić i nie jest widoczna dla nikogo, wstawała i zaczynała dziwny rytuał.
Ludzie podobno nazywali go tańcem.

Jastrząb wiedzieć tego nie mógł, ale z zachwytem spoglądał na jej płynne ruchy, delikatność dłoni, pomimo ich lichego wyglądu skrywająca wielką delikatność.
Potajemnie marzył, by jej ręka dotknęła jego delikatnych piór. Chciał poczuć jej ciepło.
Tego dnia jednak coś go dręczyło.
 
Był inny.
Dostrzegła to, ale nie wiedziała co zrobić. Tańczyła i ukradkiem przyglądała się jego nienaturalnym ruchom. Zazwyczaj siedział spokojnie, nie obdarzając jej spojrzeniem. Po prostu był, wyróżniał ją samym swym pobytem. Dziś....dostrzegła w jego spojrzeniu - które po raz pierwszy kierował na nią - prośbę o pomoc.
 
"Coś jest z nim nie tak", pomyślała......
 
Uspokoiła ciało, ukołysała zmysły i usiadła pod wierzbą.
Wiedziała, że jeżeli zbliży sie do niego, odleci. Że jego duma i ptasi instynkt będą silniejsze.
Posmutniała, opuściła głowę i....zaczęła nucić.
Melodię, która i jej była nieznana, ale która przyszła do niej z falą smutku i bezradności.
Miała czysty głos, oddający jej czyste intencje.
Jastrząb, którego skrzydło było w opłakanym stanie zamknął oczy. Wsłuchał się w ten śpiew.
Słuchał i w tym dźwięku usłyszał opowieść o największych cudach tego świata.
O Nadziei, o Miłość i i Odwadze.
Wielkich siostrach, które znalazły w niej swe schronienie.
 
Podszedł do niej. Położył skrzydło na jej sukni.
Starała się prawie nie oddychać, poruszała dłońmi bezszelestnie.
Wiedziała, że posiada prastarą moc uzdrawiania, ale tylko wobec czystych serc.
 
Melodią, która nuciła zaklinała wszystkie siły tlące się w tym niezwykłym ptaku, by zechciały uzdrowić go samego.
 
Gdy zapadł zmrok ptak nagle podniósł głowę.
Spoglądał na nią w lekkim zamroczeniu.
Wstał, usiłował poderwać sie do lotu, ale czuł, że jeszcze nie ma w sobie tyle sił.
 
Wiedziała co należy uczynić. Sięgnęła po swoją chustę i otuliła go delikatnym całunem.
 
"Zabiorę go dzisiejszej nocy do siebie" pomyślała.
Przy ciepłym piecu i pod naparem z ziela, jego skrzydło do rana odzyska dawną sprawność.
 
Podniosła się z klęczek, ubrała w swój stary łachmani szal i na powrót przywdziała wygląd staruchy.
Tylko on, piękny, silny lecz teraz wymagający opieki ptak, nadal dostrzegał w niej czarodziejkę życia.
 
Stara wierzba odprowadziła ich wzrokiem, powiadamiając swe przybrzeżne siostry, by zapewniły jej bezpieczny powrót do domu.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy