Mała Hiroszima, Jagody i białe ściany.

Autor: borderline
Historia zaczęła się przy oknie, romantycznie bardzo, nie powiem. Znowu śniły mi się te puste szklanki, jakieś kieliszki, wypisany ołówek i długopisu znaleźć także nie mogłem, gdyż okno, to okno, co zawsze było mi pierdolonym wrogiem zapraszało z przepełnionym chytrością uśmiechem na szybowych ustach, acz z otwartymi, przejrzystymi ramionami do utopienia się nocą, szkarłatno-granatową nocą w Syriuszu marki 2010, do zerzygania ironicznym śmiechem trzeciego piętra. Gdy spokojnie paliłem kolejną czarną bibułę i co jakiś czas pływałem spierzchniętymi nieco wargami w Muszyniance kwaśnej firmy cytryna w gratisie od mafii prawicy potężnej i wzniosłej, lecz co tu dużo opowiadać... Widziałem ją nawet z klapkami kolorowych świateł latarni na oczach. Brąz włosy, raczej, choć czasem zasłyszało się - jak świeże kasztany, i oczy pięciozłotowe niczym te wszystkie zasrane, platformowe euromonety. Długie włosy, fale niczym morza. Bałtyk, oceany i wszystkie barwy nieba ani Ziemi tym bardziej to już równać się z tą ugrzecznioną doskonałością nie mogły. Bo Jagoda sama w sobie była Doskonałością. Każdy krok, stuk kolejny ciężkich, obitych wojskówek z błyszczącymi klamrami po każdym ich boku nie wiedzieć czemu przyprawiał mnie o dziwne wizje. Nic to, że zawsze trzymała z prawicami, zapewne nawet faszystką w XXI wieku była idealną.
Byliśmy w górach, i przy samym oceanie, bawiliśmy się w kamikadze, ona po prawo, ja po lewo, i bum! Jebs, huki jak za Hiroszimy! Na koniec z tej całej miłości uraczyłem ją świeżym, wybuchowym ładunkiem, który niczym kwiat miękko wsunął się za poły tego nieziemsko wręcz poprawnie uprasowanego munduru. Przeżyliśmy ze sobą kilka arcywspaniałych momentów, kiedy przechodziła po tych nieszczęsnych ulicach pod mym zmęczonym brakiem nowego mięsa armatniego oknem. Zawsze nienaganna, zawsze prawym chodnikiem. A ja patrzyłem tylko na nią, może nawet troszkę, ale tylko trochę tęsknie, nie do końca bezwiednie, patrzyłem tak, jak to tylko człowiek w pełni sił umysłowych robić może, a chwilę później płakałem pochylony nad jej rozrzuconymi na wrogim piasku pustynnej rzezi falami kasztanowca. Przewrót się udał i nie chwaląc się wcale, podpisałem go własnym imieniem - Haitake Tatsu. W małej Hiroszimie. To nic, nic to, że wtedy chyba jakoś na wpół sobą byłem, owoce wciąż lubię i jem, ba, te najbardziej sinofioletowe, ku jej pamięci, choć nie wiedzieć czemu nigdy się jakoś nie rozumieliśmy. No i oczywiście miałem do niej nieco pretensji, byłem nawet lekko obrażony, że umarła tak szybko, tak łatwo, i z rąk moich na dodatek, poplamionych lewicową szkarłacią. A kolejną noc po niej płaczę, wspominając jak to dobrze było nam razem tymi chłodnymi, grudniowymi nocami, gdy łaziłem za nią po parapetach, a ona z pewnością o mnie myślała, z szerokim uśmiechem spoglądając z dołu i mówiąc do siebie: Skacz, Haitake, zawsze będziemy razem. Znowu długo krzyczałem, w ścianie purpurowej jak jej imię wydrapując szkarłatne tunele.
Nagle drzwi z cichym skrzypnięciem rozwarły się na kilkadziesiąt centymetrów i siedząc przy moim wściekłoczerwonym krześle zafalowała mi przed oczyma firana włosów brąz. Weszła tam, Pani w butach ze srebro-klamrami i przyniosła kolejną porcję jagód, czy jakieś kolorowe lentilki. Tłumaczyła ze spokojem, że może wreszcie lepiej zasnę. I oświetliła pusty niemalże pokój blaskiem ledwie tlącej się jarzeniówki. Po raz pierwszy ujrzałem wtedy rzecz dziwną - każda ściana i każdy kąt były jak tabula rasa. Białe niczym flagi raziły po oczach. Okna z metalową kratą, i mój strój obszerny, śniegu barwy.
Filip Dobrzyński.
Filip - Tak mi, kręcąc głową, mówiła.
I niech mi ktoś teraz powie - czy Bóg nie jest schizofrenikiem?
1

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy