Miecznik (IV)

Autor: poskart

***

 

Krak obudził się kilka minut przed świtem. Było jeszcze ciemno. Odwrócił się na lewą stronę, tą po której spała Jaśmin, ale dziewczyny nie było. Dotknął pościeli machinalnie. Była chłodna, nie było jej tu już od kilku godzin. Miecznik czuł nieprzyjemny chłód na karku i to bynajmniej nie przez zimowy już wyraźnie wiatr, który wdzierał się do komnat przez szpary w oknach. Był to chłód innego rodzaju. Taki, który odczuwają skazani na śmierć w dzień egzekucji. Niepokojące uczucie wstrząsało ciałem niemal powodując drgawki. Południowiec usiadł na łóżku i rozejrzał się po pokoju. Sukno na którym zawsze trzymał miecze było puste. Zgrzytnął zębami i chyba pierwszy raz odkąd wypalono mu symbole mieczy na przedramionach poczuł coś na kształt strachu. Poczuł się tu zbyt bezpiecznie, przestał spać z bronią w dłoni… a teraz Jaśmin nie było. Jego mieczy też. Krak nie miał pojęcia co się wokół niego dzieje. Wstał i w pośpiechu założył ubrania. Nie zdążył dopiąć pasa gdy drzwi do jego komnat otworzyły się po cichu i starając się nie czynić hałasu weszło tam sześciu uzbrojonych mężczyzn. Nie byli ludźmi księcia.

-Sukinsyn… nie śpi… - warknął jeden z nich ni to do siebie ni do towarzyszy patrząc na miecznika zapinającego pas i spokojnie ścieśniającego rzemienie i klamry kurty. Jego ciemne, krucze oczy wpatrywały się w przybyłych. Wyraźnie nie byli zadowoleni.

-Pójdziesz z nami. – powiedział w końcu najodważniejszy. W jego słowach dało się wyczuć nutkę strachu. – Książę oczekuję cię na dziedzińcu.

Krak skinął głową powoli i pewnym, nieco opieszałym krokiem ruszył do wyjścia. Mężczyźni nie byli tak głupi by starać się go choćby tknąć. Rozstąpili się tylko eskortując go niby w kolumnie. Musieli czuć, że nawet pozbawiony broni, mistrz mieczy jest niebezpieczny. Myśli wpadały na siebie z tumultem tworząc w śniadej głowie kocioł domysłów i prawdopodobieństw. Nie był niczego pewien gdy schodził w milczeniu zamkowymi schodami. Tylko echo kroków odbijało się od kamiennych ścian. Rytm serca mistrza, mimo że starannie wyćwiczony przez lata zdawał się lekko burzyć i przyspieszać. Mógł tylko starać się nie dać po sobie poznać zdenerwowania. A trzeba przyznać, że był zdenerwowany. Nie bał się śmierci. Bał się nieznanego. Sytuacji w której nagle stracił kontrolę. Zamkowa sień była dziś chłodniejsza niż zwykle. Może to zbliżająca się zima a może tylko adrenalina skręcająca mu jelita i odcinająca krew od wszystkiego co nie przyda się w walce. Południowiec nie wiedział, nie był medykiem. Był zabójcą. Na dziedzińcu zastała go chłodna mgła i szare światło słońca przesłonionego ciężkimi chmurami. I grupa najemników w doskonałych półpancerzach i z doskonałą bronią lśniącą nawet w tym nikłym świetle. Mistrz stanął w miejscu które najwyraźniej mu przeznaczono a ludzie którzy go eskortowali stanęli nieco po bokach, w odległości większej niż ramię z wyciągniętym mieczem. Nadal go otaczali. W pewnym momencie najemnicy rozstąpili się odsłaniając łysego mężczyznę w zielonej, niezbyt zdobnej szacie przypominającej mieszczańskie odzienia używane w Polowiu. Krak znał twarz tego mężczyzny. Grzebał go na trakcie w strugach jesiennego deszczu kilka miesięcy wcześniej. Jego źrenice rozszerzyły się nieznacznie. Teraz nie rozumiał już niczego. Mężczyzna zrobił kilka kroków naprzód a jego szata rozszerzyła się nieco ukazując złoty pas pod spodem. Pas, którym znaczyli się mistrzowie magi. Podwórze przeszył zgrzyt i miecznik zobaczył jak ciężka brama zamku zamyka się a przed nią staje kilku książęcych strażników z kuszami. Zaczął czuć się coraz bardziej osaczony. Mag odchrząknął i przemówił.

-Krak zwany Czarnym… - mówił upajając się swoimi słowami. Celebrując zgłoski wydobywające się z jego gardła. Jego głos był wyraźny i teatralny i jak u dobrego aktora wypełniał szczelnie cały dziedziniec. Jak u każdego spotkanego przez miecznika maga. – Mistrz mieczy z południa, którego dokładne pochodzenie jak i nazwisko nie jest znane. Członek cechu wyszkolony przez Rodgarda zwanego Smutnym. Wiek również nie znany. Zabójca Masaryka z Tiv, Gleonora z Redgorn, Wolfara von Zigstitz… - zawiesił głos – i to tylko sławniejsi wojownicy z północy których twoje ostrza pozbawiły życia. – Mag rozejrzał się po dziedzińcu i mistrz podążając za jego spojrzeniem zauważył Księcia Lesława i kilku jego dworaków stojących na balkonie w otoczeniu książęcej straży. Łysy mistrz magi skłonił się lekko ale książę tylko patrzył na plac.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy