Mistrz i bohater

Autor: mjacen

Nad ranem okazało się, że ta noc nie była złym snem i nie było wątpliwości, że Mistrz zamierza kontynuować swoje dzieło. Mistrz wiedząc o moim znikomym człowieczeństwie, w pierwszej kolejności postanowił wyposażyć mnie w dzieciństwo, a raczej jak przyznał z właściwą mu pokorą i wspomnianym wcześniej brakiem pewności siebie, w skrawki wspomnień z dzieciństwa, jakkolwiek jak kamień wyryły one w moim miękkim istnieniu koleinę głębszą niż koleina losu, bo miała swój początek wcześniej.

Rytualnie ładując swoją fajkę nową porcją tytoniu Mistrz powiedział, że pojedziemy dzisiaj do małego miasteczka Wysokie Mazowieckie, znajdującego się około dwustu kilometrów na północny wschód od Warszawy. Wsiedliśmy do Geparda Mistrza (samochodu wielce nietypowego, o czym nieustannie się przekonywałem) i ruszyliśmy w drogę. Słońce dźwigało swój nieokiełznany ciężar znad największego zakrętu na Ziemi. Mijaliśmy ostatnie zabudowania Warszawy. Chmury od niechcenia wyrzucały jak z rękawa śmiałe, nieco niewyraźne kształty, ale jakoś nie zachęcały niczym do gry skojarzeń. Wisząc tak sobie, dawały mi ulotną i niekształtną pewność, że za kolejnym zakrętem trasy Warszawa-Białystok nie zaskoczy nas koniec świata.

Jeżewo, Karłogłowy, Zdzieniewice, Botyń; mijaliśmy wioski, których szkielety do dziś skwierczą w tym samym kotle, przy którym stał kiedyś i patrzył zawsze ten sam koń z rosochatymi pęcinami i kopytami zakapturzonymi w wiadra pełne wody. Bardzo starym ludziom z tej okolicy, których tu nie brakuje, do dziś dnia brzmią znajomo zgrzytliwe i głośne dźwięki tutejszego zbrojnego konia, który cwałuje jak koń i strzyże uszami. Ogromna sylwetka konia była wszechobecna także teraz pod postacią bardzo nieokreśloną, można by rzec postacią bez imienia.

Również twarze, oblicza, buzie mijanych ludzi nosiły to samo znamię herbu okulawionej krowy na dwie tylne racice. Na jej głowie zamiast pary rogów wyrastał dorodny i zdrowy borowik. Wieczna krowa podpierała się na przednich kopytach i wbrew prawu miłosierdzia ciągnęła za sobą swoje macierzyństwo i resztę niepotrzebnego ciała. W powietrzu unosił się aksamitny zapach krowiego mleka. Powietrze wiejskie to skończona receptura na zamianę mleka w mleko, które można krajać nożem, tak jak chleb. Powietrze wiejskie to latające złoto do zakwaszania krowiego mleka. Mleko w kamiennych naczyniach, przykryte płócienną ścierką czeka zawsze z żywą pokorą na coś, co może nie nadejść. Starsze kobiety, których tu nie brakuje, roznoszą zsiadłe mleko w kamiennych naczyniach na wysokości serca.

- piękna wieś – powiedziałem do Mistrza upojony powietrzem, które wąchałem po raz pierwszy ale którego zapach znałem już wcześniej - tak musi wyglądać wieś, bo widzę ją po raz pierwszy i wcale nie jestem niczym zaskoczony. Założę się Mistrzu, że gdybym podszedł do któregoś z tych ludzi, on opowiedziałby mi, że jego szwagier, kuzyn i bratowa. Wieś jest sielska i anielska !

- tak Bohaterze, myślę, że opowiedziałby Ci, że jego kuzyn, szwagier i bratowa. może nawet koło punktu skupu mleka z białej cegły z wypadającymi oknami i pokrytą mchem rampą, po której rankami turlano dziesiątki pachnących baniek z mlekiem na samochód ciężarowy Star. Myślę, że miałbyś okazję zobaczyć niejeden wyrazisty do kości czaszki grymas na ich twarzach poddawanych z roku na rok głębokiej orce. Twarze tych ludzi są przeorane jak ich pola do żywego mięsa. Ludzie ci pojawiają się zawsze niewiadomo skąd, wychodzą nagle na drogę, od razu starzy. Nowe plony jak świeże blizny porastają ich twarze. Chłopi są jak błędni rycerze czasu na wiecznym koniu ze Zdzieniewic, którzy w galopie przez pole rozrzucają krwawiące rdzą kubki z wodą.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy