My wszyscy, zmartwychwstali...

Autor: zygomir

- Mariusz, słucham.

- Hej, tu Robert. Słuchaj, przyjdź koniecznie.

- Teraz?! Pogięło cię? Nie mam ochoty. Jesteście już duzi poradzicie sobie.

- Mariusz. Dzieje się coś… no cholera musisz przyjść i sam zobaczyć.

- No, ale o co w ogóle chodzi? Po jaką cholerę mam się teraz wlec na drugi koniec miasta?

- Stary… ja nawet nie wiem jak ci to przekazać. Jest tu twoja żona.

- Cholera! Chyba jej nie powiedziałeś gdzie teraz jestem?! Powiedz jej, że gdzieś wyjechałem czy coś!

- Nie! Nie rozumiesz: jest tu twoja była żona.

- Na razie… - i rozłączył rozmowę, a następnie wyłączył telefon.

 

                Zabrał marynarkę, wrzucił napiwek do słoika i wyszedł z Podziemia wprost na puste ulice Miasta. Dochodziła już druga i zupełnie nie rozumiał co Robert mógł jeszcze robić w biurze. W tej chwili myślał przede wszystkim nad ostatnimi wieściami. Oczywistym jest, że w robocie lubili sobie zrobić od czasu do czasu jakiś żart, ale zazwyczaj te żarty były śmieszne. Poza tym znał Roberta na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że nic tak szczeniacko głupiego nie wpadłoby mu do głowy, z drugiej strony Robert znał jego byłą żonę, wiedział jak wygląda – ktokolwiek tam teraz siedzi musi być naprawdę uderzająco podobny. Ktoś tu ewidentnie robi sobie jaja i to w bardzo gówniarskim stylu. Decyzję już podjął – wezwał taksówkę. Szybka trasa, Jamiroquai w tle nocnego miejskiego pejzażu, niegadatliwy taksówkarz. Tak dobre zestawienie rzadko kiedy się zdarza. Po piętnastu minutach stał już przed biurowcem – stał i nie mógł postąpić ani kroku naprzód. Całkowity paraliż kończyn i mózgu.

- A jeśli to ona? – pomyślał – Co ja mam jej w ogóle powiedzieć?! Cześć? Witaj? Kopę lat? Absurd, do kurwy nędzy, absurd! W ogóle o czym ja myślę?! Przecież to się nie dzieje!

Stałby tak jeszcze i drugie piętnaście minut, gdyby nie cichy głos dobiegający ze słabo oświetlonego wejścia do budynku.

- Zmieniłeś się – zabrzmiał delikatny, kobiecy głos. Tak cholernie dobrze znał ten głos.

- Ty za to ani trochę… co tu robisz?

- Po prostu jestem. Odwiedziłam nasze mieszkanie, ale zastałam jakiegoś obcego człowieka.

Stał jak kompletny głupiec nie potrafiąc wykrzesać z pustego łba nic co nadawałoby się do wyartykułowania.

- Zdziwiony? – spytała uśmiechając się delikatnie. Taka mała delikatna szelma – miała w oczach tę iskrę, która niegdyś sprawiła, że po raz pierwszy zwrócił na nią uwagę.

- Jak mogę nie być zdziwiony… – zawahał się w obawie, że rozwieje pewien nierzeczywisty stan, jednak wiedział, że musi to powiedzieć – przecież od siedmiu lat nie żyjesz.

- To aż tyle czasu minęło? – rzuciła jakby nigdy nic, po czym spojrzała na jego dłoń i obrączkę – Ożeniłeś się ponownie…

- Tak. Nie masz chyba za złe?

- Nie mam prawa, przecież nie mogłeś zostać sam do końca życia, prawda? – bardzo prosta i rzeczowa odpowiedź, nawet dosyć szczera, a mimo to poczuł się jakby ją zdradził.

- Kasiu… jak? Przecież byłem przy tym jak odchodziłaś, pochowałem cię, nie mogło być mowy o pomyłce… jak to się stało, że teraz tu jesteś? Wszystko co tylko zdrowe w moim umyśle podpowiada, że nie powinienem wierzyć własnym oczom. Że to jakiś żart. Mistyfikacja. Nie rozumiem nawet co ja tu jeszcze robię i dlaczego rozmawiam z kimś kogo nie ma?!

Umysł wysyłał całkowicie sprzeczne informacje. Przecież ją widzi – może ją dotknąć (choć może lepiej nie ryzykować?). Ale wszystko w nim krzyczy, że to jakaś nieprawda. Ułuda. Jak to możliwe, że zachowuje taki spokój? Przecież powinien chyba zacząć fiksować? Tak by pewnie zresztą zrobił będąc bohaterem hollywoodzkiego filmu, ale zamiast tego będąc postacią realną po prostu stał i gapił się jak kretyn nie mogąc wykonać żadnego ruchu.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy