Myślałem, że najbardziej niezrozumiałą rzeczą dla mnie będzie to, co robisz, ale to, co powiedziałaś, jest jednak jeszcze gorsze. (niedokończone)

Autor: styluff
się zabić? - pyta, palcami badając mapę na mej własnej skórze, tą prowadzącą do nikąd, bo bez powodu powstałą. - I tak umieramy każdego dnia. - Przerzucam warkocz do przodu i sięgam po jego prawą rękę. Odkleja spoconą powierzchnię spod moich żeber i bierze ode mnie grosza. Podsuwam mu warkocz i jestem w szoku, że słyszę dźwięk przecinającego go ostrza. Zapewne mi się wydaje. Kiedy łapie oba końce w jedną rękę, pojawia się pętla wielkości szubienicy.  Rozkosznie bliskie skalpu końcówki suną po moich ramionach i szyi. Przysuwa stopą moje rzeczy i schyliwszy się po strzęp materiału na ramiączkach, odrzuca grosza na stół. Szuka dziury i wkłada w nią moją głowę, a w dwie inne moje ręce, dotykając ich na całej długości. Jestem obrzydliwie spocona. Potem wkładamy sweter, szalik. Wstaję.  Przeczesuję palcami włosy, straszliwie ciesząc się tym, że tak szybko się kończą. Nieco to absurdalne, żeby czerpać radość z rzeczy krótkotrwałych, prawda? Nigdy tego nie robiłam. Do ilu działań z dzisiejszego wieczoru odnosi się poprzednie zdanie? Dopinam mu koszulę, bo jego palce zaczynają się plątać. Teraz, kiedy staje, widzę, jak stoi. Niczym osika, jakby błędnik zostawił na zewnątrz. Chcę złapać go za przedramię, ale wysuwa je spod mojej rękawiczki. Prąd przebiega mi pod palcach. To wełna. Ogrzewa teraz jego palce ze wszystkich stron. Wychodzimy. - Nie mogę dać się przyłapać - rzuca spojrzeniem w stronę drzwi wejściowych do klubu.  - Udowodnij, że cię tam nie było - mówię szeptem, bo na zewnątrz jest na tyle cicho, nareszcie. Ortalion przylegający do moich pleców skrzypi pod naporem przymarzniętej szyby. Mi skrzypią wargi. I to nie boli. No, może powoduje jakieś dziwne przewroty pod żołądkiem. Od razu cieplej mi w usta.  Potem w policzki, bo kładzie na nich dłonie. Jak to jest, że ja mam zawsze zimne dłonie, a te jego teraz są takie rozkosznie grzejące? Znowu czuję wódkę.  Nasze kubki smakowe ocierają się o siebie. Ciekawa jestem, czy on czuje borówki, które jadłam przed wyjściem. Bardzo szybko opuszcza mnie ta myśl; to, co przed wyjściem, przed tym, kim, co, kto przylega do moich ust, nie istnieje. Nie, póki diamenty opadające mi na kości policzkowe, mieszające się z jego kryształami, topniejące wspólnie, nie dostrzegą światła dziennego. Też jesteśmy płatkami śniegu. Znowu uczepia się mej wełny i ciągnie mnie w jakimś kierunku.  Idziemy prosto może pięć metrów, potem jego uścisk na moich palcach słabnie, podobnie jak stawiane kroki. Mam jakieś trzy sekundy, żeby podjąć decyzję o opleceniu go w pasie, zanim moje ramiona stają się jedynymi mięśniami trzymającymi go w pionie.  - Hej! - wyrzucam na wydechu, pomagając sobie jego bezwładną kończyną, którą przerzuciłam sobie za karkiem, a której końcowa część zwana dłonią lekko uderzyła mnie w twarz. Wystarczająco otrzeźwiające, mimo że ciepłe. Gdzieś w połowie tych wykałaczek, którymi posługiwał się wcześniej, by chodzić, coś się załamuje. Upadamy oboje, obie pary kolan uderzają o ziemię jednocześnie i mam ochotę położyć się całkowicie i tam zostać, bo w gruncie rzeczy jesteśmy tak splątani, że aż mi ciepło. I może nawet przyjemnie.  Kolejną rzecz, jaką miałam

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy