Oko kameleona

Autor: Roza_Kowalczyk

Mięśnie pracowały miarowo, zgodnie z rytmem nadawanej przez radio melodii. Mocno zaciskał powieki, jakby chciał ukryć przed postronnymi obserwatorami to, co działo się w jego wyobraźni. Miał absolutną władzę nad czasem i przestrzenią. Odwlekał moment kulminacji, pozwalając sobie przy tym na pewien fortel. Opis wspomnianego zabiegu może szczególnie mocno zainteresować Cię Czytelniku, jeżeli należysz do grona męskich fajtłap, którym zdarza się zadać pytanie w rodzaju: „Jak ci było, skarbie?”. Nasz bohater siłą imaginacji stworzył kochankę. Obcowanie z nią sprawiało mu rozkosz, nie omieszkał jednak posunąć się dalej i zmienić perspektywę obserwacji.
Otworzył na chwilę oczy. Starał się dobrze zapamiętać fizjonomię widzianego w lustrze mężczyzny, by jego portret, z najdrobniejszymi szczegółami, przenieść za kurtynę powiek. Mógł teraz wejść w rolę swojej partnerki, czuć i widzieć wszystko to, co ona czułaby i widziała. Będąc w takiej sytuacji, męska ofermo, pewnie zaspokoiłbyś ciekawość tyczącą się spraw techniczno-rozmiarowych. W jego przypadku źródłem niepewności było coś zupełnie innego. Szło o pewien anatomiczny detal. Uczyniony na lustrzany wzór i podobieństwo człowiek posiadał najnormalniejszy korpus i członki, wyjąwszy zwieńczenie, będące w istocie kocim łbem.

Stali się jednym ciałem.
Dochodził do siebie powoli, stojąc na ugiętych nogach, oparty o krawędź umywalki. Koniec języka szczelnie wypełniał przestrzeń między kłami, wystając nieznacznie poza granice warg.
- Minęła godzina dziewiąta. Czas na skrót wiadomości i informacje o sytuacji na drogach.
Przestroił odbiornik na stację nadającą wyłącznie muzykę. Była sobota.

Sobota to najmilszy dzień tygodnia. Dzień, w którym nie musi martwić się ulicznymi korkami, kursami akcji ani doniesieniami z świata polityki.  W soboty pija świeżo zmieloną kawę, najlepszą na jaką go stać. Jej aromat dociera do najdalszych zakamarków domu, mieszając się z zapachem starych książek, map nieba, płyt gramofonowych oraz walizek pełnych notesów i zeszytów. Smak naparu, perspektywa spędzenia dwóch dni we własnym towarzystwie i możliwość beztroskiego oddawania się licznym pasjom, wprowadzają go w znakomity nastrój. Zapomina o przykrościach, które niesie ze sobą każdy kolejny dzień oddany firmie. Za grubymi murami zameczku zostają tępe księgowe i obłąkani informatycy, bełkoczący prawnicy i dyrektorzy, nie potrafiący podetrzeć sobie dupy bez pomocy asystentki. Wyłącza służbowy telefon i profilaktycznie stawia na gaz kociołek ze smołą.
To na wypadek, gdyby jakiś bydlak zdołał pokonać fosę. Nie żeby nie potrafił sobie radzić z trudami codziennego życia. Przeciwnie. Bystry z niego obserwator i niekiepski psycholog. Owija ludzi wokół palca i wie jak sprawić, by tańczyli jak im zagra. W stercie papierów zalegających w sypialni można natknąć się na zeszyt noszący tytuł: „Charaktery ludzkich rozumów”. Dziełko powstało właśnie tu, na wypełnionym oparami sobotniej kawy poddaszu. Opisane są tam rozmaite typy ludzi, podano również wskazówki dotyczące postępowania z nimi. A praktyka? Weźmy pod lupę sprawy zawodowe. Otóż zdołał nasz bohater uplasować się w firmowej hierarchii na tyle wysoko, by uniknąć kontaktu z planktonem (że nawiążę do terminologii żywcem wyjętej z „Charakterów”), zarazem dostatecznie nisko, by nie angażować się przesadnie i nie brać na siebie zbyt dużej odpowiedzialności. Gardzi podwładnymi, ale nie daje im tego do zrozumienia. Manipuluje nimi. Manipuluje też szefem. Udaje szacunek dla przełożonego, ale jednocześnie marzy o tym, by rozerwać go na strzępy. Piła motorowa – dużo hałasu, litry krwi na ścianie. Wyobrażenie sobie takiej sceny jest dla niego doraźnym sposobem na odreagowanie stresu. Wizja torturowanego szefa oraz wpływająca co miesiąc na kon

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy