Oko kameleona

Autor: Roza_Kowalczyk
to przyzwoita kwota pieniędzy, za które kupuje kawę, książki i notesy, pozwalają mu zachować względną równowagę psychiczną. Jest sprytnym kotem i świetnym aktorem. Lubi swoją kociość. W weekendy wręcz ją kocha. Nienawidzi większości ludzi za to, że nie są kotami oraz za to, że swoją kociość musi przed nimi ukrywać, a czasem nawet, co zakrawa już na absurd, trochę się jej wstydzić. W kontakcie z ludźmi kociość swoją maskuje perfekcyjnie.

Kofeina przeniknęła do krwioobiegu. Nastawił płytę i usiadł w bujanym fotelu. Ciche pomrukiwanie oznaczało, że odtajał całkowicie. Wrócił pamięcią do ostatnich wakacji. Długa podróż przez kraje Ameryki Południowej obfitowała w przygody, zachwycające momenty i widoki. Góry, morze i niebo z gwiazdami, które można zobaczyć wyłącznie z południowej półkuli Ziemi. Przed powrotem do domu zrobił szkic konstelacji Kameleona. Zaznaczył strzałką jedną z gwiazd pierwszej wielkości Wpadł na pomysł, że jeśli kiedyś spotka kobietę swojego życia, to zabierze ją w Andy, by oświadczyć się jej w blasku hemisfery. Czy można sobie wyobrazić trwalszą pamiątkę takiego wydarzenia?
„Oko kameleona” – zapisał w notesie. Nie wiedział jeszcze, czy będzie to wiersz, czy może raczej krótkie opowiadanie. Wodził stalówką w powietrzu, jakby bał się postawić pierwszą literę. Uznał, że pomysł z gwiazdą jest niedorzeczny, powstał pod wpływem chwili, sprzyjających okoliczności. Na ogół nie brał na poważnie możliwości wejścia w jakiś trwały związek . Nawet doraźne i powierzchowne relacje, których miał na koncie całkiem sporo (gdy był trochę młodszy, podejrzewał u siebie seksoholizm), wystawiały na szwank jego system nerwowy. Zwykle kończył znajomość z dziewczyną, gdy tylko otrzymywał potwierdzenie swojej wartości jako kochanka. A poważne związki? Sądził, że nikt nie zaakceptuje jego kocich cech, przyzwyczajeń i nawyków. A sam nie dopuszczał myśli o jakichkolwiek kompromisach i rezygnacji z przywilejów, wynikających z faktu bycia kotem.
Wspominał kobiety, które mniej lub bardziej zawróciły mu w głowie. Miał skłonność do szufladkowania, klasyfikowania ludzi. Część dziewczyn przypisał do kategorii „kuchnia”.
Za to zdecydowana ich większość wpadła do wora z napisem „suterena”.  Pomyślał na koniec o przegródce nazwanej „poddasze”. Zmarszczone czoło świadczyło o wysiłku umysłowym.
Z odsieczą przyszedł głuchy łomot.
- Sprawdzam instalację – wymamrotał niewyraźnie technik.
Jego twarz przypominała pysk buldoga.
- Jaką instalację?
- No jak to jaką? – buldog wskazał na plakietkę zakładu energetycznego. – Odetnę pana na chwilę.
Zgasło światło. Pies manipulował przy liczniku prądu, robił pomiary, notował. Włączył z powrotem zasilanie.
- O kurka, masz pan duże obciążenie. Trzy tysiące wat.
- Watów.
- Co? – z właściwą sobie gracją zapytał buldog.
- Trzy tysiące watów, powiada pan? Ale nic poza tą żarówką i lodówką nie jest teraz włączone. Niech pan poczeka. Upewnię się.
Buldog zajął się plombowaniem licznika.
- Czy może pan teraz sprawdzić obciążenie?
- A jak mam to sprawdzić ?
- No a jak pan wcześniej je zmierzył? Mówił pan coś o trzech tysiącach watów.
Głos mu się podwyższał. Tracił pewność siebie. Miał wrażenie, że za chwilę buldog rzuci się na niego.
- Chuja sobie mogę zmierzyć. To był prąd na starcie – odszczekało psisko, śliniąc się obficie.
Przegrywał, malał. Ktoś, posługując się fortelem, wszedł do zamku i zrobił miazgę z jego lokatora.
- Bydlak! – krzyknął z całej siły.
Liczył, że ten gwałtowny gest może przechylić szalę zwycięstwa.
Pies zbliżył się. Żyły na jego pysku pulsowały wyraźnie, a uśmiech służył głównie prezentacji uzębienia. Splunął na podłogę i ods

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy