Ostatnia lekcja

Autor: werka777

Każde rozstanie to kolejna rysa na sercu. Rany, z którymi da się żyć. Co jednak wtedy, gdy cały miecz przeniknie nasze wnętrze? Śmierć bliskiej osoby jest jak najgorsza piekielna męka. Cierpienie wbija do głowy ogromne, cierniowe kolce i zrywając odłam naszej duszy, zabiera nam cząstkę prawdziwego siebie.

Ten dzień utkwił mi w pamięci tak mocno, że nie potrafię go wymazać. Nie chcę pamiętać ani jednej sekundy, lecz czarne chmury tych chwil stale przy słaniają mi obraz normalnego dotąd życia. Przerażający dźwięk telefonu rozpoczął kolejny poranek. Pół przytomna zerwałam się z łóżka i pobiegłam odebrać. Nim podniosłam słuchawkę poczułam uścisk w gardle. Takie uczucie tkwiło we mnie i powtarzało się każdego dnia od czasu, kiedy dowiedziałam się o nieuleczalnej chorobie mojego dziadka. Tym razem byłam prawie przekonana, że zostanie przekazana mi niechciana wiadomość. Prorok? Taką nazwą nie można mnie określać, ale wtedy nie pomyliłam się. Słyszałam tylko niektóre końcówki wypowiedzianych wyrazów. Były niewyraźne, pomimo że panowała taka przerażająca cisza. Najgorsze do mnie dotarło: nie żyje! Upadłam i poczułam się próżnią. Taka bezsilna, taka bezradna byłam po prostu niczym. Po co żyć i cierpieć? Dlaczego musimy zostawić wszystko i iść dalej? Wtedy jeszcze nie wiedziałam. Tego dnia miałam marzenie, by podążyć za dziadkiem i zapomnieć o całym ziemskim świecie. Wpatrzona w martwy punkt szukałam pocieszenia. Dlaczego Bóg tak nas rani?! To było moje motto tamtych chwil. Jak w kinie miałam przed sobą poprzednie parę dni. Obraz leżącego chorego, jego cierpiące, a zarazem pełne troski oczy i drżące, ciepłe dłonie, które tak często wyciągał w moją stronę. A ja z sztucznym uśmiechem rozmawiałam z nim, dławiąc w sobie wszystkie prawdziwe uczucia. Rola aktora jest trudna. W filmach wy stępuj ą tylko nieliczni. Ja musiałam grać na co dzień. Udawałam, że wszystko będzie dobrze. Fałszowałam całe prawdziwe życie, łżąc dziadkowi prosto w jego tryskającą miłością twarz. Koniec nadszedł bardzo szybko. Tyle jeszcze chciałam mu opowiedzieć, przeprosić za wszystkie przykrości, podzielić się z nim nowościami. Bóg zabrał mi nieodwracalnie tak ważną dla mnie osobę: wzorzec życia i zarazem skromnego, prostego przyjaciela. Pustka wypełniała całe moje ciało. Tak jakby dusza uciekła, nie chcąc cierpieć. I tak upłynął cały dzień, nie wspominając o tym, że słowa moich rodziców w ogóle do mnie nie docierały. Płacząc, zadawałam tylko jedno pytanie: dlaczego? Słysząc stale, że Bóg tak chciał, uznałam Go za wroga. Nie mógł mi przecież tego zrobić. Nigdy nie przypuszczałam, że spotkają mnie chwile, w których mogę zwątpić w to, co dotychczas kierowało moim życiem. Nadszedł dzień pogrzebu. Tak bardzo się bałam. Przerażał mnie widok bezwładnego ciała, które jeszcze niedawno potrafiło normalnie się poruszać. Postać dziadka była mi bliska, a wyglądała jakoś tak obco. Gniewnie powtarzałam słowa modlitwy. Msza i ceremonia tylko potęgowały ból. Kiedy kazano mi ostatecznie pożegnać się z dziadkiem, pragnęłam umrzeć. Tysiące gołębi wypuszczonych z klatek przypominały wolne, cieszące się duszyczki. Kierowały się w stronę nieba. Podążały tą drogą, którą wtedy pewnie szedł mój dziadek, tak, jakby chciały wskazać mu właściwy kierunek. Podniosłam głowę, widząc promienie słońca na tle całej czerni, poczułam się troszkę lepiej. Potem jeszcze długo stałam nad wielkim dołem i płakałam, płakałam, płakałam... Osłabiona emocjami położyłam się spać. Niespokojna i tajemnicza noc pochłonęła mnie w całości... Pośród pustki i szarości zobaczyłam znajomą mi postać. Dziadek! Tak, to był on! Z uśmiechem na twarzy i z politowaniem powiedział mi pamiętne słowa. Jedno zdanie zmieniło tak wiele. Usłyszałam z jego ust, że mamy nie płakać, bo jemu jest dobrze. Obudziłam się i leżałam pośr&oacut

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy