PAKOSZ [NIEBEZPIECZEŃSTWA ŻYCIA- 12 lat]

Autor: kipu
 

Opisane dalej zdarzenie odbiło się szerokim echem po Kielecczyźnie. Odżyły zakorzenione uprzedzenia.

Początek nie zapowiadał tragicznego zakończenia.

W 1946 r. agenci komunistyczni wykrzyczeli w fabryce wyrobów metalowych wiadomość o porwaniu przez Żydów polskich dzieci. Później udowodniono, że była to prowokacja.

Miałem wtedy około 12 lat. Przeciętnej postury, raczej chuchro. Obok, na 2 piętrze pod numerem 7, mieszkała rodzina Janusza P. Kolegowałem się z Januszem. Był młodszy ode mnie o kilka miesięcy. Był to dobry chłopiec. Jego mama, obezwładniona artretyzmem, wymagała stałej opieki. Leżała w łóżku. Gdy wyciągałem go na podwórko do zabawy on często odmawiał – musiał oporządzić swoją mamę.

Na 4 piętrze mieszkała rodzina S. Latem pani S. zaproponowała Januszowi a on mnie by wraz z jej dziećmi (chłopiec i dziewczynka młodsi ode mnie o 3 - 4 lata) pojechać autobusem na Pakosz. To dzielnica Kielc. Znajoma wróżka miała jej powróżyć z kart.

Atrakcją dla nas miała być zabawa w piasku w pobliskim wyrobisku. Przez lata wybierano tam piasek do celów budowlanych.

Ustalony został dzień i godzina wyjazdu autobusem MPK. Pamiętam godzinę 10.50 przed południem. Lata zatarły szczegóły - nie pamiętam, co było przyczyną mojego spóźnienia na umówioną godzinę. Pamiętam, że była to jakaś sprawa do załatwienia polecona mi przez moją babcię. Ona uosabiała anioła stróża. Gdy biegiem wróciłem do domu mama Janusza oznajmiła, że oni już pojechali. Spóźniłem się około 8 -10 minut!

Minęło kilka godzin. Wczesnym popołudniem doszła do mieszkańców bloku przerażająca wiadomość - dzieci zaginęły. Wszyscy troje. Wizyta u wróżki przeciągnęła się. Dzieci bawiły się w piasku. Gdy mieli wracać nie można było ich znaleźć.

Rozpoczęto poszukiwania i dochodzenie. Ludzie głośno i złowrogo rzucali podejrzenia pod adresem Żydów, że „porwali dzieci na macę”, że „zarżnęli je na krew”, że „dokonali rytualnej ofiary na ołtarzu”. Niedorzeczne posądzenia. Dochodzenie zaginięcia trwało przez wiele miesięcy.

Jakiegoś dnia nad ranem dostawca piachu jechał po terenie wyrobiska na Pakoszu. Kimał na koźle. Była wczesna godzina. Szarzało. W pewnym momencie koń zatrzymał się. Począł rżeć i szarpać wodze. Pomimo ponagleń nie chciał iść dalej.

Mężczyzna rozpoczął ładować piasek tam, gdzie się zatrzymali. W pewnym momencie łopata natrafiła na opór. Nie zgłębiała się w piasek ze zwyczajową łatwością. Mężczyzna odkopał ciała pogrzebane w piachu.

 Przerażony   makabrycznym   odkryciem,   krzycząc pobiegł w stronę pobliskich domów. Zawiadomiono milicję. Odkopano i zidentyfikowano zwłoki. Były to ciała Janusza i dwojga dzieci z czwartego piętra. Sekcja zwłok znalazła nie pogryzione czereśnie w przełykach. Stwierdzono, że przyczyną zgonu było uduszenie się ofiar spowodowane obsypaniem się nawisu piaskowego. Dzieci bawiąc się kucały a oberwanie się wydmy musiało być na tyle nagłe, że żadne z nich nie zareagowało. Janusz mimo, że był nastolatkiem nie uratował się. Ja nie byłem wyższy ani silniejszy od niego. Gdybym nie spóźnił się kilka minut byłbym tam razem z nimi. Te mizerne 8-10 minut były wartością mojego życia.

Czasem warto spóźnić się na spotkanie. Kolejny raz los podarował mi jokera. (cdn)

1

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy