Podróże młodego konkwistadora część 1

Autor: fifa069

Dzień ten był inny niż pozostałe. Wstając z łóżka wiedziałem, że będzie on niesamowity. Nie myliłem się, zjadłwszy śniadanie pobiegłem jak co dzień do portu, by popatrzeć sobie na Atlantyk. W porcie stał piękny galeon. Z jego pokładu wyszedł mężczyzna. Miał on kapitańską czapkę na głowie. Zdziwiłem się bardzo iż ów człowiek szedł w moją stronę. Podeszwszy do mnie, podał mi rękę, przedstawił się i spytał czy nie zechciałbym płynąć z nim i całą załogą. Twarz mi się uśmiechnęła, serce podeszło do gardła, iż było to moje marzenie, aby kiedyś pożeglować po morzach i oceanach. Jedyne co odpowiedizalem było skromne -Tak.- Następnie wybrałem się razem z nim na statek, zapoznałem z załogą, a wieczorem wypłynęliśmy z portów Hiszpanii.

Przez całą noc nie mogłem spać. Myślałem jak to będzie. Byłem bardzo podekscytowany, że przeżyję swoją wymarzoną przygodę. Usłyszawszy odgłosy, wstałem, by zobaczyć co się dzieje. Było już dość widno, by móc zaobserwować, że są to mewy. Wychodząc na pokład, spostrzegłem, że nikt już nie śpi. Kapitan sterował statkiem, bosman siedząc w bocianim gnieździe obserwował horyzont, a reszta zajmowała się innymi rzeczami. Widząc, że już nie śpie, kapitan zawołał mnie do siebie. Chciał on, abym sterował statkiem. Odparłem mu, że jestem pierwszy raz na jakim kolwiek okręcie i nigdy tego nie robiłem i nie wiem czy będę potrafił. Mimo wszystko kapitan stwierdził, że na pewno sobie poradzę. Nie wiedząc dokąd mam płynąć spytałem jeszcze o kurs żeglugi, po czym usłyszalem: - Płyń dziecko na południe; do samej Afryki, AHOJ!!. - Nasz statek przewoził różne towary, więc wywnioskowałem, że pewnie afrykanie czegoś potrzebują. Myliłem się jednak. Kapitan wytłumaczył mi, że to my potrzebujemy owoców oraz nowych niewolników. Nie mówiąc już nic sterowałem statkiem, aż do zachodu słońca, po którym oddałem ster sternikowi Rogerowi.

Kolejny dzień, tego dnia dopłynęliśmy do Afryki. Niewolnicy załadowali towar po czym sami wsiedli i od razu zostali zaprowadzenie pod pokład gdzie podobno było ich miejsce. Upewniliśmy się jeszcze czy wszystko jest i odpłynęliśmy. Moim dzisiejszym zadaniem było obserwowanie Atlantyku z bocianiego gniazda. Miałem lęk wysokości i strasznie bałem się tego zadania, ale okazało się, że warto było wejść tak wysoko. Widok był cudowny, a jeszcze lepszy przez lunetę, którą dostałem od bosmana. Około południa w połowie drogi do Hiszpanii zauwałyłem drugi statek. Niestety jego widok mnie zamurował, takie coś widziałem dotychczas tylko w książkach i miałem nadzieję, że przy najmniej na razie tego nie ujrzę. Była to czarna flaga..., jedyne co mogłem zrobić to krzyknięcie: - PIRACI!!! - Nie myliłem się, statek podpłynął, a zjego pokładu usłyszalem - DO ABORDAŻU!!! ARHHH..!! - Na pokładzie rozpoczęła się mrożąca krew w żyłach walka, wiele naszych odniosło poważniejsze rany, na nasze jednak szczęście piraci bardzo szybko zrezygnowali z rzekomego abordażu i odpłynęli. Do końca tego dnia już nic się nie zdażyło, a ja rozmyślałem o tym całą noc.

Czwarty dzień żeglugi, tego dnia dobiliśmy w końcu do Hiszpanii. Będąc pod pokładem jeszcze w łóżku usłyszałem - LĄD!! - i od razu wybiegłem na poklad. Wysiadając w porcie kapitan spytał się czy nie zechcialbym zostać konkfistadorem i pływać z nim w służbie królowi. Odpowiedziałem, że bardzo chętnie, ale na razie muszę odpoczać i dorosnąć do życia na wodzie. Pożegnałem się i pobiegłem do domu, gdzie czekała matka. Na moje szczęście przyzwyczaila się, że bardzo często nie ma mnie w domu i moja cztero dniowa wyprawa nie narobiła mi kłopotów. Zjadłem kolacje i poszedłem spać.

 

...7 LAT PÓŹNIEJ...

Minęło siedem lat jak przeżyłem swoj

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy