POKARM BIOGENICZNY

Autor: catarina78
- Witaj, kochanie. Już wróciłam. Zrobiłam zakupy. - Cześć, kotku. A co dobrego kupiłaś? - Była promocja. Wzięłam trzy klony. Dwa zamrożę, a z tego zrobię obiad na dziś i niedzielę. Co ty na to? - Może być. Mój mąż nigdy specjalnie się nie interesował kuchnią, a już na pewno nie moją. Jadł wszystko, co mu przyrządzałam, nie komentując zbytnio niczego. Czasem miałam mu to nawet za złe, że nie reagował, gdy „zupa była za słona”. Oglądał za to namiętnie programy kulinarne w telewizji, co mnie wkurzało, bo wolałabym, żeby sam zaczął gotować zamiast tylko podpatrywać i pewnie w myślach porównywać moje gotowanie z wyczynami jakiegoś pseudokucharzyka. Chcąc nie chcąc, oglądałam te marne produkcje razem z nim. I to z nich dowiedziałam się o coraz większej popularności potraw z klonów. Odkąd udało się wreszcie dokonać sprawnego i w miarę taniego sklonowania ludzkiego embrionu i wynaleźć maszynę wzrostu, o której raelianie mogli tylko pomarzyć, stworzenie dorosłego osobnika, a raczej czyjejś dokładnej kopii stało się kwestią kilku tygodni. Każdy w zasadzie mógł sobie pozwolić na swojego sobowtóra chodzącego za niego do pracy. Technika tak się rozprzestrzeniła, że coraz więcej firm zaczęło ją z powodzeniem stosować. Bardzo szybko okazało się, że produkowanie klonów jest tańsze od produkcji tradycyjnej żywności. Zwykły kurczak stał się rarytasem. Za to identycznie wyglądające, pozbawione owłosienia klony można było kupić w każdym sklepie spożywczym. W barach szybkiej obsługi serwowano rączki i nóżki. W restauracjach zaś nadziewane brzuszki. Prawdziwym przysmakiem okazały się główki. Ich przygotowanie było szczególnie trudne, wymagało długotrwałego pieczenia w odpowiednio dobranych przyprawach i specjalnym sosie. Zwykłe gospodynie nawet się za to nie zabierały. Dlatego główki zwykle lądowały w koszach na śmieci, by potem stać się przysmakiem głodnych psów na wysypiskach, chyba że ktoś miał w domu własny utylizator odpadów biologicznych. My nie mieliśmy. - Więc jak, kotku? – zaczęłam ponownie, chcąc przykuć jego uwagę. – Co dziś zjesz? Rączki czy nóżki? - Wszystko jedno. - Jak to ci wszystko jedno? Nie rozumiem. Ja na przykład wolę nóżki. Mają więcej mięska. No i lubię ogryzać te maleńkie paluszki, jeśli są dobrze przypieczone. - Dobra, to daj mi te nóżki. - No wiesz! Przecież mówię, że ja wolę nóżki. Czy ty mnie w ogóle słuchasz?! - O co ci tak naprawdę chodzi, co? O co mi chodzi?! Też pytanie! On jak zwykle nie wie. Woli siedzieć przed tym swoim komputerem po całych dniach i udawać, że pracuje. Nic go nie interesuje, a cały dom na mojej głowie. A chciałam tylko z nim porozmawiać. A tu nawet o jedzeniu nie można spokojnie, bez nerwów. Wyciągam więc te moje małe nieszczęsne kloniki z torby. I co tu z nimi najpierw zrobić? Wszystkie trzy są oczywiście identyczne. Nie wiem, czy zamrażać je w całości, czy najpierw podzielić. Hmm, wyglądają jakby spały. Tak słodko i niewinnie jak nasz synek, gdy był taki malutki jak one. Co ja mówię. Nasz synek to dziecko. Prawdziwe. Nasze. A to tylko klony. Produkt eksperymentów genetycznych i posunięć marketingowych. Nie mają nawet narządów płciowych. Żadnych cech charakterystycznych. Są idealnie bez wyrazu. Niczym się od siebie nie różnią. Są przygotowane jedynie po to, by stanowić pełnowartościowy, zdrowy pokarm. Zresztą nawet się nie poruszają, mimo że nie są martwe. Podobno podają im taki środek zwiotczający mięśnie i znieczulający układ nerwowy. Niczego nie czują. Nie cierpią. Nie mają myśli… Dobra, podzielę je na części i włożę do woreczków. Przestaną mnie nachodzić nienormalne skojarzenia. Przecież to tylko jedzenie, mięso, skóra i kości. Dobra, niech Roman je potnie. Ja chyba nie mogę. Wychodzę z kuchni, zostawiam wszystko na stole. Romek jak zwykle przed komputerem. - Romuś, mam prośbę – zaczynam pokornie. - Jaką? - Mógłbyś mi pomóc w kuchni? Z tymi klonami. Chciałam je pokawałkować, ale nie mam tyle sił. Kości mają jakoś takie twardawe. Te no

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy