Pokonać siebie - 1999/2000 przed wyborem

Autor: emilo1

Ktoś zapytał niedawno o moje najgorsze przeżycie związane z przeszłością. I pierwsze co przyszło mi do głowy, to moja rodzina. Straciłem ją. Żona zabrała dziecko i odeszła.

 

Przez cały okres picia obwiniałem siebie i piłem coraz więcej i więcej. Nie docierały do mnie myśli, że to nie jest rozwiązanie i niekoniecznie cała wina jest po mojej stronie. Każdy mi tak mówił, nawet Ci, którym zależało po części na tym, żebym się staczał. A niestety byli i tacy. Nie umiałem uwierzyć w to, że nie tylko ja jestem powodem zaistniałej sytuacji. Owszem cały czas tylko mówiłem, że to żona zawiniła i nie dawała mi życia, że teściowa itd. Jednak twierdząc tak, w ogóle w ten sposób nie myślałem. Dopiero teraz, gdy trzeźwo na to wszystko spoglądam i słucham opinii innych na ten temat, zdaję sobie sprawę, że tak naprawdę nie tylko ja byłem tym złym.

 

Był rok 1999. Postanowiłem wrócić do szkoły. Kolejny raz, zebrało mnie na „odrabianie lekcji”. Już wtedy miałem problem a dopiero stukały mi 22 lata. Jednak nie tak zaawansowany. Ale wiadomo, młody i chce jeszcze szaleć, więc nie zdaje sobie sprawy, że sukcesywnie popada w nałóg, który przerodzi się z czasem w osobistą tragedię.

 

Powoli mijał pierwszy semestr i zbliżały się święta Bożego Narodzenia oraz Sylwester. Każdy szykował się powoli do tego, jakże wspaniałego okresu który był w każdym kolejnym roku. Uwielbiałem ten czasem chorobliwy szał. I też z biegiem czasu, im więcej we mnie pływało ciężkich promili, to traciłem tą radość, aż do momentu kiedy to przestało mnie w ogóle obchodzić. Święta po latach nie istaniały dla mnie, tak jak Bóg, któremu niegdyś ufałem.

 

W mojej klasie ekonomicznej (bo ta dziedzina przez niemal całe moje życie, aż do dnia dzisiejszego, interesowała mnie najbardziej), była sympatyczna, ładna koleżanka. Nie ukrywam, że miałem do niej ogromną słabość i cichą nadzieję, że kiedyś zaproszę ją na wspaniałą kolację.

 

Ubiegła mnie nieco i tuż przed samymi świętami, na jednych z ostatnich zajęć lekcyjnych, rzuciła propozycję, której oczywiście nie odrzuciłem. Było ciekawie, gdyż pytając mnie czy wybieram się gdzieś na sylwestra, odpowiedziałem, że prawdopodobnie tak (nigdzie nie szedłem! I sam nie wiem czemu tak powiedziałem, to chyba strach był). Nie zauważyłem tego, że chciała mnie zaprosić. Dopiero potem, na ostatniej lekcji za pośrednictwem kolegi, siedząc i jakby na przynętę, rozmawiając z nim o wydarzeniu, tak abym usłyszał, zaproponowała. Usłyszawszy tą rozmowę, odwróciłem się i nie zastanawiając się, ubiegłem dalsze odpowiedzi kolegi (treść pytania do mnie kireowana była bezpośrednio do niego – cwaniaczka, teraz się śmieję) i powiedziałem, że chciałbym przyjść.

 

To była decyzja, która zaważyła na całym moim późniejszym życiu. Z uśmiechem przyjęła moje postanowienie i od razu zaczęła mi opowiadać co jest przygotowane i co trzeba zrobić aby impreza się udała. Jednak to nie było jej głównym celem. Okazało się, że zależało jej najbardziej na tym, aby zeswatać swoją przyjaciółkę z mężczyzną, który ma coś w sobie i warto z nim snuć plany. Za takiego mnie oceniła.

 

Cieszyłem się z tego faktu, chociaż nie zgodziłem się przyjść dlatego, żeby poderwać kogoś. Bardziej dlatego, że koleżanka mi się podobała i dopóki nie dowiedziałem się , że owy „bal sylwestrowy” szykuje wraz ze swoim partnerem z którym mieszka.

 

Pierwszy raz ujrzałem ją, moją towarzyszkę na przyjęciu na 3 dni przed. Zostałem zaproszony pod pretekstem udekorowania pokoju. Jednak, miało to na celu, zapoznanie mnie z nią.

 

Zachowywałem się jak nastolatek, który w życiu nie rozmawiał z kobietami. Wzrok bładził po ścianach a z ust nawet westchnięcia nie było słychać. Unikałem podświadomie odpowiedzi i gdy wyczuwałem, że coś do mnie powie, znajdywałem tysiąc sposobów na odwrócenie uwagi. To poprzez wyjrzenie za okno, to idąc do ubikacji. Komicznie to wyglądało. Zresztą wkrótce wszyscy, śmialiśmy się z mojego dziecinnego zachowania. Byłem w ogromnym stresie. Wiedziałem już wtedy, gdy po raz pierwszy ją ujrzałem, że to kobieta z którą nie tylko zamienię słowa „cześć”. Po raz pierwszy w życiu dotknęło mnie coś w środku. Coś co było mi obce. Bynajmniej to nie była miłość od pierwszego wejrzenia ale raczej bym powiedział, że coś w rodzaju „głosu przeznaczenia”. Tak też się miało wkrótce stać. Przeczucia i wnetrze, tym razem miały rację.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy