Posłuch i autorytet

Autor: grigoriewna

     I

     Człowiek znany szeroko jako Dreyn Emereth Heglo, niegdyś najmłodszy major armii Jego Cesarskiej Wysokości, obecnie zaś dezerter, rabuś i morderca, kulił się zziębnięty przy kominku w karczmie „Pod Złamaną Strzałą" usiłując opanować drżenie członków i zamęt w głowie.
     Gospodarz i służący krzątali się wokół okrywając kocami jego trzęsące się plecy, rozwieszając przemoczone ubrania nad piecem i grzejąc grog. Nie minął nawet kwadrans, odkąd przeraźliwie brudny, obszarpany i przemarznięty Dreyn, po serii rozpaczliwych uderzeń w drzwi karczmy, wtoczył się chwiejnym krokiem do wnętrza wprost z nieprzyjaznej i ulewnej jesiennej nocy.
     - Zostaliśmy rozbici - oświadczył padając wyczerpany na krzesło.
     Naldo, człowieczek mały i ponury zupełnie jak karczma, której był właścicielem, przeraził się. Jeszcze tego ranka bawiła u niego cała kilkunastoosobowa szajka Dreyna. Takie wspólne śniadania były rzadkością wśród ludzi prowadzących ich tryb życia i oznaczały właściwie jedno: że najbliższe dni spędzą razem. Karczmarz, jako człowiek zaufany, został nawet wtajemniczony w szczegóły traktujące w niepokojący sposób o letniej posiadłości hrabiego Liemske. Naldo prowadził wyszynk od piętnastu lat i od piętnastu lat przyjmował w niej gości podejrzanego autoramentu podsłuchując tu i tam oraz dowiadując się tego i owego. Mógłby mieć wiele do powiedzenia miejscowej policji, ale wszystkie te nowiny zatrzymywał dla siebie; wzruszał tylko ramionami i obdarzał swoich rozmówców posępnym spojrzeniem dając im w ten sposób do zrozumienia, że będzie milczał niczym grób tak niewzruszony, jak jego własny spokój. Nie miał nic przeciwko Dreynowi i jego ludziom na śniadaniu. Zasadniczo nie miał nic przeciwko żadnemu ze swoich klientów pod warunkiem, że płacili. Jednak człowiek grzejący się przy kominku po nieudanym napadzie zapowiadał kłopoty; oznaczał ubłoconą podłogę, bezsenną noc, a przede wszystkim zbliżającą się pogoń.
     - Jak to: rozbici? - zapytał surowo.
     Pojawienie się w jego progach cieszącego się już wtedy złą sławą Dreyna z pozoru wywołało u starego karczmarza jedynie nieco mocniejsze niż zazwyczaj uniesienie brwi. W głębi duszy jednak był poruszony: teraz nie miał już do czynienia ze złodziejaszkami i sutenerami, ale sprawą już ogólnopaństwową, człowiekiem znanym z przebiegłości i bezmyślnego wręcz okrucieństwa, bo niechże ktoś powie, jaki sens w paleniu dworów i wycinaniu w pień mieszkańców bez porządnego rabunku? Dreyn kradł niewiele, resztę puszczając z dymem. Czasem pozwalał uciec jakimś pojedynczym niedobitkom, aby rozsiewali przerażające plotki o słynnym dezerterze, który - jak na szlachcica przystało - nigdy nie zapominał się przedstawić. Motywy jego działania były niepojęte, a ludzie gotowi pójść za nim wszędzie w zamian za garść kosztowności i pieniędzy, za które mogli przeżyć ledwie następny miesiąc, w dodatku zaciskając pasa. To było najbardziej zdumiewające.
     Naldo miał zawsze uszy i oczy szeroko otwarte. Musiał poradzić sobie z ludźmi wymagającymi wyjątkowego traktowania, w gruncie rzeczy nieobliczalnymi, których w ryzach utrzymywał jedynie autorytet i wola ich przywódcy, samego zresztą nie do końca obliczalnego, surowego wojaka upajającego się skrycie sławą i pełną grozy otoczką, z jaką wypowiadano jego imię. Takiemu człowiekowi mało co pochlebiało bardziej, niż uprzejme traktowanie go na równi z resztą: „wiele pan osiągnął, ale nie przewróciło to panu w głowie, więc nie będziemy uciekać sprzed lady na pański widok, ani ustępować panu krzesła, ale pan jest takim wspaniałym, bezpretensjonalnym dżentelmenem, że z pewnością to zrozumie".
     I Dreyn rozumiał.
     - Co to znaczy rozbici? - powtórzył Naldo tonem sugerującym, że obecność przybysza jest mu nie na rękę. - Gdzie reszta?
     - Rozbici. Otoczyli nas. Policja, wojsko. Nie mam pojęcia, skąd się wzięli. Wymknąłem się tylko ja i Adiutant, ale go zgubiłem. Koń mi padł. Jakieś dziesięć wiorst szedłem pieszo.
     Adiutant, człek mało rozgarnięty, swoje szydercze przezwisko zawdzięczał temu, że był nieomal cieniem Dreyna; ślepo w niego zapatrzony spełniał wszystkie rozkazy, które brzmiały na ogół „wyczyść buty", "osiodłaj konie", „zamów kolację" czy po prostu „posprzątaj". Ten Adiutant, pozostawiony swojemu losowi, śledzony przez żandarmerię, brnący w ulewnym deszczu przez zabłocone pola z pogonią na karku... Równie dobrze Dreyn mógłby podać któremuś ze ścigających jeden koniec włóczki, biec do miasta i wcisnąć kłębek pod wycieraczkę karczmy.
     - Zdaje się, że mogę już nastawić samowar, aby podjąć komisarza kawą - rzekł Naldo zgryźliwie.
     Dreyn nie słuchał go już, zatopiony we własnych gorączkowych myślach. Wyrzuciwszy z siebie te kilka krótkich zdań skulił się przy kominku i utkwił wzrok w ogniu, próbując ogarnąć straszliwy chaos kłębiący mu się pod czaszką. Byli za blisko. Być może już wiedzieli, gdzie go szukać i raz wpadłszy na trop, nie odpuszczą. Dotychczas wymykał się im, bo nie mieli punktu zaczepienia; na zgliszczach zjawiali się zawsze za późno, aby móc go wyśledzić. Teraz Adiutant doprowadzi ich, a nawet jeśli nie, to sami go znajdą. Zmęczony, zły i oszołomiony klęską czuł, że musi uciekać tam, gdzie nikt go nie będzie szukał, koniecznie gdzieś bardzo daleko, hen za góry i za stepy, ale uciekać cicho, nie wzbudzając żadnych podejrzeń; postępując zgodnie z prawem i dobrymi obyczajami, a co za tym idzie, żyjąc za pieniądze, ale tych już nie ma. Żadnego przystawiania noża do gardła, żadnego porywania koni, żadnego złodziejstwa...
     - Jadę do Nor Covoll - powiedział zrywając się nagle i zrzucając z siebie koce. - Potrzebuję pieniędzy.
     Naldo przeklął w duchu. Miejscowym nie sprzedawał nawet piwa „na zeszyt".
     - Nie mam.
     - Co to znaczy? - przez moment Dreyn patrzył na niego z niedowierzaniem, aż w końcu porzucił rolę bezpretensjonalnego i wyrozumiałego dżentelmena, a w jego prawej dłoni błysnął metal. - Nie masz pan pieniędzy? Nawet dla mnie?
     - Prowadzę wyszynk, nie bank - mimo ostrych słów karczmarz cofnął się nieco. Stali naprzeciw siebie w migotliwym świetle kominka mierząc się wzrokiem: mały, krępy w długiej koszuli nocnej i wysoki o zmierzwionych, wilgotnych włosach, z których woda spływała pojedynczymi strużkami w dół nagiego, umięśnionego torsu.
     Służący, śniady młodzieniec dotychczas sprawujący pod piecykiem straż nad schnącą odzieżą, uznał za konieczne załagodzić sytuację.
     - Gnom ma - odezwał się.
     - Nat! - Naldo spiorunował go wzrokiem. - To nasz gość...
     - Gnom? - Dreyn zainteresował się, choć w jego oczach zagościła podejrzliwość. - Tutaj?
     - Przecież bym pana nie okłamał! - gorąco zapewnił służący, wpatrując się jak zahipnotyzowany w sztylet. - Zjawił się tu w południe, zatrząsł pękatą sakiewką i wynajął sobie pokój. Powiedział, że ma dość salonów i audiencyj naukowych i że chce choć raz przenocować, jak to powiedział, niżej, wśród zwykłych...
     - Dawaj go tu.
     Nat nie dał sobie dwa razy powtarzać. Im prędzej przyprowadzi niecodziennego gościa, tym szybciej ten człowiek i jego długi nóż się wyniosą.
     - Gnom w tej spelunce - splunął Dreyn, wkładając koszulę. Sztylet, jedyną broń, jakiej nie zgubił uciekając w mokrych ciemnościach, zatknął za pas. - Widocznie przypomina mu rodzinne podziemia.
     - Naldo nie skomentował tego. Jego na ogół blada twarz nabrała rumieńców. Wiedział już, że nic nie da się zrobić i że cała sprawa i tak skończy się źle: czy to wizytą straży, czy to rabunkiem, czy to pohańbieniem - jeśli nie gorzej - jego gościa. I to w dodatku takiego gościa!
     Za drzwiami rozległo się tupanie i czyjeś wzburzone okrzyki. Po chwili drzwi do korytarzyka otwarły się i ukazały Nata trzymającego sakiewkę i małego, chudego człowieczka o pałąkowatych nogach szamoczącego się mu w rękach. Pchnął go z rozmachem na środek izby.
     Gnom wpadł na Dreyna, cofnął się i podniósł na niego żółte oczy. Ciemna twarz skurczyła mu się w wyrazie przerażenia; upadłszy wyciągnął błagalnie ręce.
     - Pomiłujcie! - zaskomlał. - Panie, oddam wszystko, jeno mię nie ubijajcie!
     - Gdzie pieniądze?
     Nat rzucił na stół pękaty mieszek. Monety brzęknęły obiecująco. Gnom zdawał się nie zwracać na to najmniejszej uwagi; wił się na podłodze szlochając, jęcząc i załamując szponiaste dłonie. Była to żałosna scena, która zniesmaczyła i jeszcze bardziej rozeźliła Dreyna.
     - Milczeć! - warknął zirytowany, chwytając za nóż. - Jestem Dreyn Heglo i tracę cierpliwość...
     - Panie! - wybuchnął na to gnom spazmatycznie. - Błagam!... Oto leży ma sakiewka, weźmijcie ją! Oddam wam wszystek mój dobytek, jeno mnie samego zostawcie przy życiu! Na Świętą Gładź!... Panie, oszczędźcie mnie, a będę wam do śmierci usługiwał wiernie! Wszystek oddam, będę wam broń składał...
     - Czekaj - przerwał mu nagle Dreyn i cofnął się ze wstrętem powodowanym przykrym wrażeniem, że za moment błagający poczołga się mu do stóp. - Powtórz, co powiedziałeś. Nie zabiję cię. Będziesz mi służył?
Słyszeli o gnomach wiele, przede wszystkim zaś to, że jest to rasa dumna, nie pozwalająca się wprzęgać w niczyje jarzmo i z natury nie znająca fałszu. Gnom nie potrafił kłamać ani oszukiwać tak, jak człowiek nie potrafił latać. Gnom nie słuchał nikogo, poza sobą. Gnom był niezależny; nie można było go przekupić ani pieniędzmi, ani wiedzą, gdyż żaden ludzki sejf ani umysł nie były w stanie pomieścić takiej ilości skarbów, która zrobiłaby na nim wrażenie. Historia znała tylko jeden przypadek, kiedy to gnom oddał się człowiekowi na służbę - ale było to bardzo dawno, tak dawno, że niektórzy powątpiewali nawet w ten precedens.
     I oto pewnej jesiennej nocy, w szumie ulewy, na środku karczmy „Pod Złamaną Strzałą" miał nastąpić taki przypadek.
     - Będę, panie! - gnom runął na kolana składając ręce w błagalnym geście. - Póki mi tchu starczy! Jeno mnie, panie, oszczędźcie... Ja, Ziggin Harbak Gork, składam swą Wolę w ręce mego pana i przysięgam na Świętą Gładź służyć Dreynowi Emerethowi Heglo do śmierci mej, bądź jego...
     Patrzeli ze zdumieniem na tę trzęsącą się, skurczoną figurkę w czerni, która z wyciągnięta do góry prawą dłonią mamrotała słowa przyrzeczenia. Rzadko widywano gnomów, w większości odnoszono się do nich, jak do jakichś arystokratów, o których się słyszy, czasem ogląda z daleka, ale nigdy nie ma bezpośrednio do czynienia. To, co zobaczyli teraz, było wstrząsające i wszystkie ich wyobrażenia rozbiło w pył. Gnom - przedstawiciel tego wyniosłego plemienia, które zawsze traktowało ludzkość z pewną pogardą i wyższością - bełkotał zamiast wypowiadać okrągłe zdania i wił się histerycznie na podłodze odarty z całej godności. Ale, jakkolwiek postać klęcząca na zimnej posadzce stanowiła dziwne i nieprawdopodobne co najmniej zaprzeczenie wszystkich teorii na swój temat, Dreyn, który był człowiekiem prostym, doszedł do wniosku, że w tym wypadku sprawy mają się nie tak, jak to się powszechnie uważa, ale tak, jak on sam je widzi. A widział bogatego, prawdomównego gnoma, który oferował mu swoje usługi w zamian za życie, którego właściwie nikt nawet nie miał zamiaru mu odbierać - i nie dostrzegał w tym nic dziwnego. Tym lepiej. Należało się tylko pośpieszyć.
     - Siadaj - powiedział, podsuwając krzesło. - Kim jesteś?
     Gnom, uspokojony choć wciąż dygoczący niczym osika, zajął powoli miejsce.
     - Zwę się Ziggin Harbak Gork - zaczął. - Jestem, panie, badaczem i wynalazcą, szczególnie zaś lubuję się we wszelakim orężu...
     - Orężu?...
     - Tak, panie. Kusze z lusterkiem zdatne do strzałów zza winkla, miniaturowe łuki, składane pałki metalowe, machiny strzelające i siarką plujące...
W miarę jak mówił, na wąskich ustach Dreyna pojawił się uśmiech. Na moment prawie zapomniał o dręczących go kłopotach poddając się wspaniałym wizjom przyszłego życia, jakie roztaczała przed nim rozbuchana wyobraźnia. Będzie miał sługę - i to jakiego! - ale przede wszystkim będzie miał pieniądze, broń i respekt, a przecież te trzy rzeczy najbardziej się liczą w niesławnym Nor Covoll. Więcej wiedzieć na razie nie potrzebował. Nie myślał już ani o żandarmach, ani o brnącym w deszczu Adiutancie, ani o dzisiejszej porażce; myślał tylko, że do Nor Covoll daleko i że musi jak najprędzej wyruszyć. Ale siedział twardo dalej, nie mając siły odpędzić marzeń, które odpływały, gdy tylko chciał zastanowić się nad następnym realnym ruchem.
     - Panie? - skrzekliwy i podniesiony nieco głos Ziggina wyrwał go z wspaniałego świata fantazji, gdzie ludowi pieśniarze układali właśnie ballady na temat męstwa, zdecydowania i grozy Człowieka, Który Zniewolił Gnoma.
     - Jedziemy! - zawołał wstając. - Masz jeszcze jakieś pieniądze? Kosztowności? Zabierz wszystko ze sobą i pośpiesz się z łaski swojej, bo jeszcze zmienię zdanie. Do Nor Covoll długa droga.
     - Panie, jeno...
     - Co?
     - Mam mieszkanie wynajęte w śródmieściu i tam zostawiłem większość rzeczy... Tuszę, że rozsądnie byłoby je zabrać na taką podróż.
     Dreyn skrzywił się, przywróconemu do rzeczywistości nagle wszelkie opóźnienia strasznie były nie w smak. Z drugiej strony wiele rzeczy mogło się przydać.
     - Dużo tego?
     - Mhm... Kufry ciężkie...
     Dreyn skinął na Nata.
     - Pomożesz nam - Naldo chciał zaprotestować, ale służący rzucił mu porozumiewawcze spojrzenie. Im prędzej pozbędą się tego człowieka, tym lepiej.
     W zachowaniu gnoma nastąpiła zmiana. Odzyskał wigor i zaczął się uwijać; w mgnieniu oka przyniósł z pokoju swój tobołek, z którego wyjął dla Dreyna pelerynę przeciwdeszczową, podał mu też buty i był wyraźnie zniecierpliwiony.
     - Wola mego pana jest mą Wolą, innej nie znam - powtarzał. - Gdy mój pan się śpieszy, to ja także...

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy