Que debemos pasar tiempo juntos. Tom II. Rozdział 7

Autor: Pilar

Minęły dwie godziny, dzielące ich od poznania wyników badań. Judyta ponownie była zdenerwowana. Napięcie powróciło niczym błyskawica, zapowiadająca potężną ulewę. Usiedli przed skupionym lekarzem, oczekując wyroku. Mężczyzna nie dawał po sobie niczego poznać. Milczał dłuższą chwilę, po czym spojrzał na dwójkę młodych ludzi przed sobą. Mieli przed sobą wszystko. Życie stało przed nimi otworem, a tu taki cios się szykował.

            - Pani Judytko  – zaczął kolejny raz w ten sam sposób. - Nie będę ukrywał, nie wygląda to najlepiej. Nie chcę jednak niczego wyrokować. Wolałbym, aby porozmawiała pani o tym, z innym lekarzem. Mam nadzieję, że się jeszcze potem spotkamy - to mówiąc podszedł do drzwi i poprosił pielęgniarkę, by ta zaprowadziła parę na odpowiednie piętro szpitala. Judyta milczała. Trzymała chłopaka za rękę i uporczywie ją ściskała, jakby to miało zmienić wszystko. Miała już pewność, że jest chora. Nie wiedziała tylko, jak bardzo. Wsiedli w milczeniu do windy. Dziewczyna patrzyła, jak kobieta w białym fartuchu wciska okrągły metalowy przycisk z wybitą na nim cyfrą trzy. Zapamięta ten numer do końca życia. W myślach odmawiała już trzecią zdrowaśkę. Modliła się, żeby to nie było nic złego. Nic grożącego jej dziecku. Teraz była matką i musiała też myśleć o maluszku rosnącym w jej łonie.

Po chwili weszli do gabinetu. Od razu zorientowała się, że lekarz do którego zostali skierowani jest hematologiem. „Może Kajtek ma rację i to tylko anemia?”- pomyślała szybko, nieco dodając sobie nadziei. Doktor spojrzał na parę i od razu zaczął.

            - Pani została do mnie skierowana od doktora Skalskiego, tak?

            - Tak - powiedziała cicho, podając mu jednocześnie, trzymane w dłoni wyniki. Mężczyzna wziął je i od razu zaczął je wnikliwie studiować. W mgnieniu oka jego mina zmieniła się. Uśmiech zniknął z twarzy, a na czole pojawiły się pierwsze krople potu.

            - To zwykła anemia, prawda, panie doktorze? – spytała, nie wytrzymując napięcia.

 

***

 

Wreszcie dotarła do domu. Całkowicie zapomniała, że po południu bezpośrednio do leśniczówki kursują tylko cztery autobusy. Rano, to co innego. Wówczas komunikacja miejska kursuje niemalże, co godzinę.

Weszła do domu bardzo zdenerwowana. Ciągle odczuwała ból w dłoni. W dodatku nieustająco pamiętała rozmowę, a raczej kłótnię z Maksem. Co on sobie wyobrażał?! Ten ktoś wyraźnie działał jej na nerwy. Sama właściwie nie wiedziała, dlaczego. Niby nic takiego nie powiedział, ale ton, jakim wypowiadał każde słowo doprowadzał ją do szału.

Weszła do środka. Od razu poszła do kuchni, by zrobić sobie coś do zjedzenia. Wyglądało na to, że w domu nikogo nie ma. W recepcji też nikogo nie zastała, wchodząc do domu. Trochę ją to zdziwiło. O tej porze chociaż Basia była już w domu. Dzisiaj natomiast nie było ani jej rodzeństwa, rodziców i nawet dziadka Gabriela.

Inka położyła dwie kanapki na talerzu, po czym wyszła na werandę, by tam je spożyć. Następnie usiadła na ławce i zaczęła konsumować swój posiłek. Kończąc spojrzała na swoją dłoń. Strach powrócił. Wiedziała, że dłonie są jej głównym źródłem utrzymania. To przecież nie mogło być nic poważnego. Zwykłe draśnięcie i tyle.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy