rękopisy elektroniczne (czyli 'wyrwane ze snu2')

Autor: bezspacji

Wstęp. Jest popielato. Jest. Goni mnie wielbłąd z Cameli, kowboj z Marlboro, znowu te odstawione fajki dają o sobie znać. Diablica nie ma rogów. Ani ogona. Stępiła się. Albo mnie stępił alkohol. Na sadowym korytarzu – obrażony reżyser. Dziennikarze. Pod sądem najtańsze kurwy i najlepszy koks. Strzelam do kowboja. Mija minuta zanim rozlegnie się rewolwerowy huk. Rozdziobały go kruki, kawki i gołębie z chorobą wściekłych krów. Ciężko opadam na krzesło. Dzień dobry. Pobudka. Trącam noga butelkę, która dumnie pręży się na stoliku. W kwadratowym kształcie szkła, rozkołysana ciecz zaczyna swoja grę świateł. Albo mi się wydaje. Ponoć jestem optymistą. Z głośników sączy się zapętlony późno w nocy utwór. Celny rzut butem i już słucham radiowych wiadomości. Korki na wjeździe do miasta. Korki na wyjeździe z miasta. Korki w mieście. Rodzynki w cieście. Chyba jestem głodny. Raczej jestem płodny. Po co męczyć się ze śniadaniem, skoro pora raczej obiadowa. Jeszcze raz rzut oka na kartki lezące na biurku. I piętrzące się w koszu. Weny nie było. Sprzedałem się. Wychodzę z siebie. Zimny prysznic. Mała kawa. Piszę do niej smsa, ale telefon milczy. A apetyt wilczy. Jestem głodny. Jestem płodny. Dobrze, że jest już późno. Przynajmniej dzień nie potrwa długo. Jest popielato.

Pierwsza. Oparta na łokciach, przygryza swoje przedramię. W powietrzu zapach waniliowych cygar. Dwa kieliszki, rosyjska wódka. I delikatnie skrzypiące łóżko. Liczę językiem jej kręgi. I jeszcze raz. Próbuje się obrócić, ale moje ręce mocno zaciśnięte na jej biodrach nie pozwalają na to. Przywieram do niej całym ciałem, przesuwając dłonie do piersi. Wije się i znów przygryza przedramię. Woli zostawić sobie siny ślad zębów, niż krzyknąć. A może ja to podnieca. Ma rosę potu na karku, który chłonę ustami. Dopasowani w ruchach. Słyszę jej długie, spazmatyczne wdechy, ja sam, już prawie nie oddycham. Odwraca głowę z rozchylonymi wargami. Kiedy chcę ją pocałować, dzieli się ze mną swoim powietrzem, śliną i krwią z pogryzionej ręki. Odrzuca włosy i wreszcie. Pod nabrzmiała piersią czuję, jak bije jej serce. Jeszcze sekunda. A może to wieczność. Ciepła sperma cieknie jej po udach. Chce całować ją po pogryzionych śladach, ale wyrywa mi rękę. Odsuwa się, chowając łzy. Budzę się. W poprzek łóżka. Nie ma to jak rozpocząć dzień od pożądania. Pali. W ustach sucho. Ręce drżą. Trochę wstyd. I strach znów zasypiać. Jestem już spokojniejszy. Szukam perłowych łez na poduszce. Kreślę coś na kartce, stygnę w otwartym oknie. Mokro. Świat mi moknie.

Druga. Niby nic nie muszę udawać, a ważę każde zdanie. Pieprzona gra słów. Gra spojrzeń. Pojedynków. Kiedy milczymy, pasujemy do siebie jak pieprz i sól. Jak krem porzeczkowy do białego szampana. Mógłbym tak patrzeć na ten profil do rana. Maczam truskawkę w gorącej czekoladzie i czekam, aż zastygnie. Z uśmiechem pozwala się karmić. Drugi raz w życiu absolutnie tracę głowę. Siedzimy, schowani we wnęce, umiejętnie omijając poważne tematy. Do czasu. Co mam do stracenia. ‘Nigdzie sama stąd nie pójdziesz’. Przerywa mi wpół zdania, kładąc palec na ustach. - Tak, niech Pani doleje jeszcze wina. Czas jest nic niewarty. Ucieka mi. Mnie. Nie gonię. Zbity z tropu. Lekko pijany. I piękna jak zwykle, lekko pijana. Pękają żyłki w oczach. Jest tak blisko, a mojej pewności siebie została tylko barmańska precyzja nalewania alkoholu. Kręci mi się w głowie od perfum. Kradnę ją. Tym razem jest odwrotnie. Tym razem czekam na sen. Zbawienie. Dzień był nazbyt realny, dziwny. Kolorowy w swojej czerni. Czkawka niewypowiedzianych myśli. Więc wypowiadam sobie wojnę. Wiem, że lepiej byłoby Nie czuć nic. Za późno.

Trzecia. Wreszcie inna sceneria. Ale tylko początkowo. Tego roku wszystko toczyło się w knajpach albo w łóżku. A może zaczynało się i nigdy nie kończyło? Scenografia jest teatralna. Teatr Komedia. Motyw z Pitbulla. Brakuje trupów. Są tylko dwaj wariaci. Kurtyna znów wędruję na zmianę w górę i w dół. Odsłaniają żelazny most. Wyciągam alkohole z kapelusza. Ona zła, pisze mi list, zaczynając od słów ‘bądź wreszcie tym skurwielem, pieprzony egoistyczny egocentryku’. Drży jak szczeniak posyłając gromy z wielkich oczu. Miedzy nami leżą karty do pokera, stylowa pościel, tomik w miękkiej oprawie, sterta wierszy, pełnych odkrytych sekretów, znaczki pocztowe z Krakowem, i pół Polski. Docieramy do kiosku. Są skurcze. Jak w snach. (sic!) i jakaś blondynka prawie wpadła pod tramwaj. Lepiej było nie zamykać oczu, bo po otwarciu znów siedzę w jakimś pubie. Pierniki na zagryzkę do Wermutu. Martini cieknie Ci po brodzie. Jestem na poetyckim głodzie. Bądź moją poezją. Chodźmy już do tego hotelu. Wreszcie się uśmiecha. Nie bój się, nie obudzę się jako niemowlę. Ale budzę się jako szczeniak. Obok mnie, na łóżku leży kartka. ‘poszłam na spacer z pomnikiem’. Krótka notka. Chyba przeliżę się ze znaczkiem.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy