Rodzina (Malarz 4.)

Autor: zielona
wyzdrowieje, tato dojdzie trochę do siebie… I tak nie mam do czego się spieszyć. Taki urlop wyjdzie mi na dobre. Tak myślę.
- Ty tak na poważnie? – Kinga spojrzała na niego z niedowierzaniem.
- A dlaczego nie? Okazuje się, że ten kierunek w którym poszedłem nie dał mi za wiele szczęścia, więc może pora spróbować inaczej. Nic się nie martw. Muszę teraz coś zjeść, odpocząć i jechać zmienić mamę przy tacie, ale jutro tu będę. Spodziewaj się mnie.
- Teraz tak mówisz. Potem ci się odmieni, ale dzięki za dobre chęci. Doceniam.
- Przekonasz się jeszcze. Wybacz, że teraz wyjdę, ale muszę na fajkę. Już mnie tak ssie, że… rozumiesz. Trzymaj się. – otarł łzę z jej policzka, puścił jej oko na odchodne i wyszedł. Papierosa zapalił zanim jeszcze dotarł do parkingu. Przy samochodzie zatrzymał się i opierając się na masce wypalił go do końca. Patrzył w trawnik nieobecnym wzrokiem w głowie układając myśli i próbując połapać emocje. Zaraz potem rzucił peta, wdeptał go w ziemię i wsiadłszy do samochodu ruszył w miejsce, które samo go przyciągało dziwną siłą. Już wkrótce zatrzymał się na podjeździe ceglanego, eleganckiego, piętrowego domu z balkonem. Był nieco mniejszy od jego rodzinnego gniazda, otoczenie też nie było tak imponujące, ale na pewno nie można było mu nic zarzucić. Trawniki, krzewy ozdobne, drzewka, altanka
i huśtawki przed domem. Poszedł równym krokiem do drzwi wejściowych i zadzwonił. Wkrótce otworzyła mu dziewczynka około dziesięcioletnia o jasnych kosmykach okalających twarz. Spojrzała na niego uważnie.
 - Tak? – spytała niepewnie, a on uśmiechnął się .
– Gabrysia? – zagadnął – Cześć. Jak ty wyrosłaś. Panna z ciebie że ho, ho. Nie pamiętasz mnie? Wujek Kryspin. Kojarzysz?
- A tak. Mama ma cię na starych zdjęciach, ale mamy teraz nie ma.
- A tato jest?
- Tak. Tata jest. Proszę poczekać. Zaraz go poproszę. – Dziewczynka zniknęła za drzwiami, a niedługo potem w tych pojawił się dość tęgi człowiek lat około czterdziestu. Spojrzał na gościa i poprawił okulary na nosie.
- No kogo tu przywiało. Cześć – wyciągnął dłoń i Kryspin ją uścisnął uśmiechając się nieznacznie, aby uczynić zadość grzecznościom. – Kopę lat. Wejdź proszę. Bałagan jest w domu. Musisz wybaczyć. Widzisz. Kinga w szpitalu, mi nie dali urlopu. Najpierw praca, potem dom. Trudno to wszystko ogarnąć. Dzieciakom kolację szykuję. Zjesz z nami?
- Nie dzięki. Ja tylko na chwilę. Przywitać się chciałem. Byłem w klinice. Widziałem Lenę.
- Kogo? – spytał nieco zdumiony mężczyzna wprowadzając gościa przez przedpokój do pokoju, faktycznie pozostającego w sporym nieładzie. Książki, zeszyty, ubrania, szklanki, zabawki, wszystko porozkładane było gdzie popadło i w sumie trudno było znaleźć miejsce na którym można by spocząć.
- Lenę – powtórzył Kryspin – Twoją córkę najmłodszą.
- Ach. Wybacz, ale nie wiedziałem, że Kinga zdecydowała już o imieniu. Ponadto nie chcę go znać i nie chcę oglądać małej, dopóki nie będzie wiadomo, że przeżyje. Wybacz, ale mam dosyć już tego wszystkiego. Za dużo tego. To w ogóle było niepotrzebne dziecko. Jedno z alergią, drugie z dysleksją. Nad obojgiem trzeba siedzieć, pilnować, jeździć po specjalistach, a ta jeszcze wymyśliła trzecie dziecko. Całkowicie jej odbiło.
- O ile wiem to w supermarkecie go nie kupiła. To wasze wspólne dziecko. Już jest. Nieodwracalnie.
- To się jeszcze okaże.
- Ty chcesz, żeby mała umarła. Co? – Kryspin spojrzał na szwagra z niedowierzaniem i mimowolnym potępieniem we wzroku, a Tomasz natychmiast odebrał krytykę i atak na swą osobę.
- Tobie jest łatwo mówić, bo nie masz rodziny, nie masz dzieci. – mówił ściszonym głosem, ale widoczną w wyrazie twarzy rosnącą ir

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy