Róże, czyli opowieść o malujących paznokcie.

Autor: jkz007

- brawo Kola! Zdrowie nasze !

Wszyscy ochoczo chwycili za musztardówki i przepiliśmy do siebie, zakąszając resztą bażanta i marynowanym grzybkiem. No i wtedy się zaczęło. Jołowanie dziewczyn przypominało nadchodzącą burzę. Do tego patrzę, a Holy-Anna pcha Koli jęzor do ucha, a ta druga Blow-Joanna… no, nie powiem co robi, bo jeszcze to dzieci przeczytają, albo co gorsza, koło moherowych beretów , które jak inkwizycja zacznie nas nachodzić w naszej pustelni. Dość powiedzieć, że wcale nie zwracali na mnie uwagi. Walnąłem  na trzy czwarte dwie musztardówki i uciekłem, cóż było robić. Przecież taki widok i najtwardszego chłopa by poruszył, a cóż dopiero mnie.

 

Stara prawda mówi, że ranek zawsze weryfikuje tego typu problematykę, ale niestety nie tym razem. Kola dostał bowiem na dzień dobry setę i jointa, jak one to nazywały. To chyba dobre tłumaczenie – „połączyciel”. Cholera, jak widać, działał jak utrwalacz tych ich połączeń. Siedzą i malują te swoje paznokcie, jak poetyckie kolce Koli - niech mu w żopu wejdą. Kola już kawy im naparzył i smaży, o zgrozo, nasze pstrągi z zimowych zapasów. Zboczeniec jeden. Jak tak dalej pójdzie to na przednówku będziemy głodować, a wiecie jak trudno złowić na Mazowszu pstrągi? Jest tylko parę rzeczek, w których w ogóle są i to małe. Chyba, że zaryzykujecie strzał z soli w dupsko i zastawicie żaki w prywatnej hodowli, albo na łowisku specjalnym. To jednak, z powodu braku osłony w postaci krzewów i drzew jest niewykonalne, przecież już opadły liście. Innym, mniej ryzykownym, ale też i mniej pewnym sposobem, jest zmiana daty przydatności ryb w supermarkecie. Wystarczy niewielka nagrzewnica w sprawnej dłoni. Tyle, że oni robią to samo, a więc nie wiadomo, czy czatowanie przy śmietniku obok supermarketu ma w ogóle sens. Chcąc nie chcąc biorę wędkę i idę spróbować szans w pobliskiej rzeczce. W sumie nieważne czy pstrągi, byle jakoś wypełnić czas, bo Kola ciągle na jointach, a dziewoje robią z nim co chcą. Natomiast w nocy, pewnie to co on chce, czyli na zakończenie wizyty naszych nowych, codziennie malujących paznokcie znajomych, ani widu, ani słychu.  Tak właśnie minął mi tydzień. Mówiłem, że niczego dobrego nie będzie jak Kola ma taką intonację i akcent- mówiłem, i się sprawdziło.

Po tygodniu poszedłem nad oczko koło drogi, bo w rzeczce mało co brało i na otwartej przestrzeni było coraz zimniej. Pomyślałem, że przynajmniej nałowię karasi i może sumików, bo kiedyś je tam z Kolą wpuściliśmy. Siedziałem tam od wczesnego rana. Nieopodal zaparkowało BMW. Dziwne, bo grzyby już się kończą, do tego ukraińska rejestracja. Przed południem pojawiło się dwóch facetów i mi się przyglądają. W końcu jeden mówi ze śpiewnym akcentem:

– Ej mużik, a ryby biorą?

- Biorą, ale małe- odpowiadam, choć mam już w sumie prawie dwadzieścia niezłych karasi i kilka dorodnych sumików. Co i im do tego, jeszcze i oni się tu zalęgną.

- Ty nie widzieł dwóch naszych krasawic, a ? My ich szukamy, uże niedziela będzie.

Jakby piorun we mnie strzelił, ale zachowuje spokój i odpowiadam wzruszając ramionami.

- A co miał nie widzieć, jak były tak są. Tutaj pozwoliłem sobie splunąć, dla powagi. - Tylko wy szukać nie umiecie.

Tamten od razu lezie do mnie i mówi – To bysto gadaj gdzie. I pokazuje pistolet zza paska. Zwykła posrana tetetka z ruskiego demobilu, na dalsze odległości raczej niecelna, nie wspominając o szybkostrzelności i liczbie nabojów w magazynku. Na to ja, spokojnie odsuwam połę swojego płaszcza, spod której wysuwa się lufa niemieckiego schmeissera. Dodatkowo na pasku noszę, zwyczajem Koli, dwa granaty zaczepne F1, które jak dorodne gruszki prezentują się nieznajomemu. Kiedyś nazbieraliśmy tego w lesie. Kola powiedział, że czasy teraz złe, ludzie nieszczerzy i podli, do wszystkiego zdolni, to obaj zawsze zabieramy coś do lasu i na ryby. Tak na wszelki wypadek, choć jeszcze nigdy nie zdarzyło się, żeby ktoś nas zaczepiał, a raczej na odwrót. Nie wiadomo dlaczego, ludziska skręcają szybko w bok i udają, że się gdzieś śpieszą. Ani z nimi pogadać, ani wypić, ani zapalić. Granatu użyliśmy może raz, jak ryby nie brały – sprawdził się wtedy wybornie.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy