Róże w czerni cz-2

Autor: annakowalczak

Gdy Artur ukończył osiem lat, cioteczka Nina wyszła za mąż, o dość dużo starszego od siebie Włocha i wkrótce po ślubie, wyjechała do Włoch. Początkowo zamierzała zabrać chłopca ze sobą; tak przynajmniej mówiła. Jednak po zastanowieniu się, a może pod namową męża, jak szemrali sąsiedzi. Doszła do wniosku, że odda go pod opiekę państwa. I tak, Artur w wieku ośmiu lat, znalazł się na łasce zupełnie obcych ludzi: w domu dziecka. Pierwsze dni pobytu w domu dziecka, były dla Artura piekłem. - To nie jest dom dziecka, to zwyczajny,, sierociniec’’, w którym przebywają niechciane, a zarazem niekochane, opuszczone dzieci, jednym słowem sieroty – powtarzał, tuląc się do mokrej od łez poduszki. Jeśli ktoś wspominał jego matkę, rodziła się w nim wrogość, miał żal, że nie pomyślała o swoim dziecku, kiedy z własnej woli postanowiła odejść z tego świata. Cioteczkę Ninę, nazywał demonem w skórze anioła albo fałszywą małpą. Babci nie brał pod uwagę, tłumaczył sobie, że najlepszym dla niej wyjściem, była śmierć. Był zbyt mały, aby znać przyczynę tego okrutnego czynu, a nie miał nikogo, kto by mu ją wytłumaczył. I tak dzień po dniu, narastał w jego małym serduszku żal aż urósł do nienawiści, skierowanej do wszystkich bez wyjątku kobiet. Ale coraz częściej myślał o ojcu. Nie winił go, że porzucił syna i nie dawał znaku życia. Wręcz przeciwnie, opowiadał o nim i wychwalał jego zalety, kreując na bohatera. Marzył, że kiedyś zjawi się niespodziewanie i na oczach wszystkich dzieci, weźmie go w ramiona. Mijały dni, tygodnie i miesiące. Minęła wiosna, słoneczne lato, jesienna szaruga oraz mroźna zima, a dziecięce marzenia się nie sprawdzały. Jednym słowem: nie było mu dane spotkać swojego ojca. Chłopiec nie tulił się już do mokrej od łez poduszki, natomiast ,,sierociniec’’ zastąpił słowem ,,bidul‘’. Nauczył się żyć i zrozumiał, żeby przetrwać, musi rozpychać się łokciami i śmiało kroczyć do przodu. Zdarzało mu się jednak, że ogarniała go troska. Wtedy trzymał się kurczowo parkanu, jego smutne oczy patrzyły w jeden punkt – zastanawiał się. Dokąd pójdzie, gdy nadejdzie czas opuszczenia murów bidula? Ale był pewien, kiedy wkroczy w dorosłe życie, nigdy nie będzie pragnął odnaleźć swojego ojca. Po prostu wyrzeknie się go, tak samo jak on wyrzekł się jego. Razu pewnego, był to chyba Dzień Nauczyciela i na pewno nie było lekcji. Artur właśnie kończył śniadanie, kiedy w progu stołówki stanęła kucharka. Najpierw obiegła wzrokiem stoliki, potem w milczeniu rozejrzała się na wszystkie strony, raz drugi odchrząknęła i wreszcie odezwała się dość głośno.

- Kończ prędko śniadanie Arturze, masz gościa! Widząc zdziwienie w oczach chłopca, podeszła do niego i dodała nieco ciszej. – Przyjechał jakiś jegomość i bardzo mu zależy, żeby z tobą porozmawiać.

- Gdzie jest?

- Wyszedł właśnie z pokoju pani dyrektor i czeka na ciebie przed wejściem na stołówkę.

-Tata – szepnął chłopiec i pospieszył powitać gościa.

Stanął jak wryty, gdy ujrzał starszego siwego pana. Spojrzał na niego zdziwionym wzrokiem, nie tak sobie wyobrażał ojca, który śnił mu się po nocach. Starszy pan był skromnie ubrany, nie wyglądał na bogatego. Miał na sobie mocno wytarte spodnie z obszarpanymi nogawkami, starą wyblakłą koszulę w granatowo - czerwoną kratę oraz granatowy pulower ręcznie robiony na drutach. Z jego zniszczonej kurtki, trudno było odgadnąć kolor, mógł to być brąz lub bordo. Otworzył skórzaną teczkę, którą podtrzymywał dość szeroki, skórzany pasek od spodni z metalową, świecącą klamrą. Wyjął dwie książki, komplet samochodzików resorki, które kiedyś były dostępne tylko w Peweksie za dolary lub jakieś bony oraz mnóstwo słodyczy. Podając Arturowi, roześmiał się serdecznie, a jego twarz pokryły zmarszczki.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy