Róże w czerni cz-2

Autor: annakowalczak

Potargał palcami włosy malca, puścił do niego oko i dołączył do pani dyrektor, która czekała przy wejściu na stołówkę.

Artur udał się do swojego pokoju. Skulony na swoim posłaniu, zastanawiał się, dlaczego on nie mógł dziadka oprowadzić po zabytkowym gmachu, tylko sama dyrektorka. Po godzinie, nie mogąc się go doczekać, wyszedł z pokoju, zaczął przemierzać dość długi korytarz i spoglądał niepewnie na drzwi wiodące do gabinetu, skąd dochodziła dość głośna rozmowa. Nie miał pojęcia, na jaki temat rozmawiano w gabinecie. Gdyby był nieco starszy, bez trudu by się domyślił, że ta rozmowa dotyczyła wyłącznie jego. Po dość długim czasie dziadek wyszedł z gabinetu, odprowadzony przez panią dyrektor. Żegnając się, z szacunkiem ucałował przegub jej dłoni i obiecał zadzwonić. Spojrzał na Artura, który stał z dumnie podniesioną do góry głową. Wiadomo, dlaczego: przecież miał już kogoś bliskiego i nie był sam. Chłopiec bez wahanie podbiegł i uczepił się jego ręki.

- Co teraz będziemy robić, dziadku?- spytał, patrząc mu prosto w oczy.

- Jeśli pozwolisz Arturze, sprawdzę twoje zeszyty - rzekł łagodnym głosem. Widząc zaskoczenie w oczach dziecka – roześmiał się dość głośno. - Jakby nie było jestem twoim dziadkiem, więc chyba mogę to zrobić? – spytał nie przestając się śmiać.

- Tak, tylko trochę kuleję z języka polskiego.

- Wiem, słabo czytasz?

Artur kiwnął przytakująco głową.

- Musisz dużo czytać, to się wprawisz i nawet się nie spostrzeżesz, kiedy.

- Błędy też mi się zdarzają.

- Nie szkodzi, jeśli opanujesz czytanie, błędy ortograficzne również. Przywiozłem dwie książki, może trochę za poważne na twój wiek. Ale możesz spróbować, bo są naprawdę ciekawe.

-Tak, na pewno je przeczytam. Wypożyczam książki z biblioteki, ale pani mówi, że zbyt długo je przetrzymuję. A swoją mam tylko jedną, którą otrzymałem w nagrodę.

- Sądzę, że ją przeczytałeś?

-Tak przeczytałem, jest to książka o,, Śpiewaku Justyny’’. Czytałeś ją, dziadku?

-Nie, nie czytałem. Szczerze mówiąc, nawet o niej nie słyszałem.

- Ja ją czytałem cztery razy, może więcej. Jak będę dorosły i się ożenię, moja żona musi być Justyna.

Dziadek uniósł wysoko brwi.

- Posłuchaj, Arturze - odezwał się po chwili. - Gdy znajdziesz sobie żonę, nie koniecznie musi nosić imię Justyna, ważne byś ją kochał. Natomiast, gdy będzie ci dane zostać ojcem, wtedy swoją córkę nazwiesz tym imieniem.

- Tak, dziadku. Moją córkę będę bardzo kochał, żeby nigdy nie trafiła do domu dziecka.

- Wierzę w to, co mówisz i daj Boże, by tak się stało - przytaknął starzec, smutnie kiwając głową. Spojrzał w niebieskie oczy chłopca, uśmiechnął się, a potem wolno podniósł się z miejsca.

 - Na mnie już czas, Arturze, wzywają mnie obowiązki, więc musimy się pożegnać. Ale zaufaj mi, że wkrótce znów się zobaczymy.

 Założył mocno zniszczoną kurtkę, chwycił skórzaną teczkę, podał Arturowi rękę i skierowali się do wyjścia Artur kurczowo ściskał dłoń dziadka, odprowadzając go do autobusu. Pragnął, żeby ta droga trwała jak najdłużej, ale nieubłaganie skracała się, za każdym postawionym przez nich krokiem. Na pożegnanie, dziadek poklepał chłopca po ramieniu, mówiąc:

- Trzymaj się, mały i do zobaczenia.

Wsiadł do autobusu, pomachał ręką i odjechał. Artur stał nieruchomo, dopóki autobus nie zniknął z zasięgu jego wzroku. Wracając wolnym krokiem, myślami był przy dziadku. Nie ważne było, że był biednie ubrany, ale liczyło się jego dobre serce. Gdy wszedł na dziedziniec, kiwnęła na niego kucharka.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy