Sen

Autor: rygezengro

Śnił mi się kurz unoszący się w pomieszczeniu. Światło latarki wtelefonie ukazywały ciemnogranatowe ściany, lśniące krwistą czerwienią. Było naprawdę ciasno. Nie umiałem kroczyć między ścianami. Musiałem iść lekko bokiem. Sufit nade mną przygniatał mnie od góry na tyle, że musiałem iść w mocno pochylonej pozycji.

Nie wiem skąd szedłem ani dokąd zmierzałem. Nie uciekałem ani nie spieszyłem się, choć ciasność tego niestabilnego miejsca niewątpliwie mnie niepokoiła.

Słyszałem swój oddech odbijający się od ścian. Był tak bliski, że aż czułem czyjąś obecność. Czułem kogoś kto nachyla się nade mną i oddycha złośliwie do mojego ucha. Było to całkiem realne.

Droga była prosta, a kamienie zimne. Pomieszczenie prócz wilgoci przepełniała duchota. Moje nozdrza ostrożnie wciągały powietrze, bojąc się nie pobrać go zbyt wiele, a każdy mój wydech przywoływał przerażającą myśl (być może absurdalną), iż dwutlenek węgla tylko ujmie mi tlenu.

Bolał mnie kręgosłup i stopy. Szło mi się bardzo ciężko. Czułem się jak ktoś niewiarygodnie gruby na małych, chudych nóżkach. Czułem miejscowe bóle na łydkach i wydawało mi się (a w śnie ma się świadomość wielu absurdalnych rzeczy), że moje żyły są zatkane jakimś żółtym, lepkim brudem.

Szedłem tak jakiś czas. Droga przede mną była tak długa, że białe światełko telefonu nie dosięgało końca, a odbijało się jedynie od ścian, podłogi i sufitu. Całość przypominała mi nieco zbyt wielki szyb wentylacyjny – tyle że z kamienia. Czułem coś na wzór wiatru wiejącego w plecy, ale bałem się bólu, jakiego doznam odwracając się.

Nie myślałem raczej o niczym innym jak tylko o tym, aby osiągnąć swój cel – jaki by on nie był. Wiedziałem, że muszę iść. Mimo zmęczenia, nawet na chwilę nie przystanąłem.

Czułem się trochę jak główny bohater Penumbry, brnący przed siebie po wąskich i ciemnych korytarzach, pomieszczeniach będących pozostałością po łożu białych, krwiożerczych stworów. Coś śmierdziało.

Korytarz zdawał się nie mieć końca. Szedłem i szedłem. Dalej, dalej i dalej.

Ból stóp stał się w końcu nie do zniesienia. Przystanąłem na moment. Musiałem to ściągnąć. Usiadłem w najwęższym miejscu tunelu. Co z tego, że każde miejsce było tak samo wąskie, to właśnie w tym miejscu najbardziej rozpaczliwie potrzebowałem przestrzeni.

Wyobraźcie sobie wyjątkowo napalonego nastolatka i śliczną kobietę, razem w ciasnym pomieszczeniu. On siedzi całkowicie nagi na krześle i ma związane ręce. Każdego dnia oglądał miliony pornoli, a każdy jego sen był o stosunku z tą kobietą. Był tak zdesperowany, że wielokrotnie próbował zgwałcić ją w ciemnej alejce. Był psycholem. Miał obsesję na jej punkcie. Wielokrotnie masturbował się, myśląc o jej nagim, rozkosznym ciele. Teraz siedzi na krześle, a jego ręce są z tyłu związane. Piękna dziewczyna zmysłowo oblizuje swoje wargi, a on myśli o oblizaniu innych, bardziej subtelnych. Zastanawia się, czy używa maszynki.

Są to myśli, które mają na celu czyste podniecenie. On dokładnie wie, jak wygląda jej ciało. Widział je tysiące razy oczami wyobraźni. Stoi centralnie przed nim i się rozbiera. Bardzo powoli i zmysłowo. Jego nogi i ręce są przywiązane do mebla, nie może nawet się ruszyć.

Myśli sobie, że gdyby mógł zrobić cokolwiek, z odcięciem sobie rąk włącznie, aby móc z nią współżyć – to zrobiłby to. Ale nie może. Bardzo pragnie ją przelecieć, jego ciało reaguje. Płacze. Jest absolutnie bezsilny.

Właśnie tak samo mocno jak ten chłopak pragnie rozładować napięcie, tak samo ja pragnę się w końcu wyprostować. Chociaż na chwilę, chociaż na moment… Mam dość…

Każda godzina w tym przeklętym szybie zdaje się być równie bolesna jak każdy ciuch zdjęty z ciała rozkosznej dziewicy.

Ściągam moje brązowe buty. Czuję się, jakbym doszedł.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy