Sen

Autor: rygezengro

Ulga była niepojęta, jednakże szybko wróciłem na ziemię. Wciąż było beznadziejnie. Poświeciłem latarką na stopy. Moje nogi, całe w bąblach i siniakach, miały jeszcze bardzo wiele do przejścia. Nie wiem ile, ale na pewno jeszcze jest daleko. W końcu lepsze to niż bezsensowne siedzenie i czekanie na cud. A podobno cuda się zdarzają.

Takim cudem jest chociażby ciało podniecającej nastolatki. Czy jednak niesie to ze sobą szczęście? Tu nie tylko czekanie jest bezsensowne, ale również cud wcale nie musi okazać się dobry akurat dla mnie. Za to może być to cudem dla wygłodniałej, białej bestii ze zwisającym czerwonym flakiem z krocza.

Chyba zostawię tutaj te buty. Nie ma sensu ciągnąć ich za sobą. Prawdopodobnie nie przydadzą mi się tutaj, kiedy moje nogi są… jakie są.

Ruszam dalej. Niemalże od razu zdaję sobie sprawę, że w butach nie było tak źle… Jest trochę luźniej, ale stopy zdają się bardziej boleć… Nie wiem… Ruszyłem za przewodnictwem latarki dalej przed siebie.

Szedłem kolejne godziny, mozolnie, z opiekuńczym światłem telefonu. Nie sprawdzam baterii, bo aż się boję. A i tak nic mi to nie da, ponieważ światła potrzebuję ciągle. Jak zgaśnie to będę dalej szedł po ciemku. I tak całe to miejsce jest drogą na przód. Żadnych zakrętów, łuków i zaułków. Absolutnie prosta droga w śmierdzącym tunelu obdartym z radości.

Gdy popękało parę pęcherzyków, to poczułem się nawet lepiej. Nie szło się wcale tak źle.

Wiecie, w życiu każdego człowieka przychodzi taki moment, kiedy… no wiecie. Musi coś z siebie wyrzucić.

Zachciało mi się akurat teraz i akurat tutaj. Chwilę pomyślałem przez pryzmat kultury, czy zrobienie tego tutaj, tak… na środku, będzie odpowiednie. Z jednej strony nie chcę, aby ktokolwiek w to wdepnął, z drugiej nikogo nie ma, a z trzeciej – jeśli jest, to prawdopodobnie mnie nie kocha. Drugi problem pojawił się chwilę później. Czym mam się… hm… oczyścić. Nie mogę przechodzić kolejnych kilometrów z piekącym tyłkiem. Pomyślałem o swojej koszuli… No nie. Sen snem, ale koszuli za dwieście dolców nie poświęcę. Nie ma mowy.

— Może jest tu gdzieś jakaś zagubiona rolka, szukająca głębokich doznań? – mój głos rozbrzmiał w długim pomieszczeniu. Brak odpowiedzi. Ani nawet rolki. Ani nawet skrawka miękkiego, pachnącego kwiatkami papierka…

Walić koszulę. Jak mus, to mus.

I w ten sposób z obdartą koszulą jak najszybciej ruszyłem w dalszą drogę, byle daleko od tego zapachu.

Ruszyłem dalej, modląc się w duchu, aby kupa ze snu nie przeniosła się do mojego łóżka w obskurnym hotelu. Swoją drogą to bardzo niespotykane uczucie we śnie wiedzieć o swoim życiu realnym… Pomijając to, że się wie, że się śpi.

Robert Monroe udowodnił, że można śnić świadomie. Ja poszedłem dalej. Śnię świadomie, ale nie mam kontroli nad swoim śnieniem.

Fantastycznie. Czuję się więźniem.

Ból kręgosłupa w pewnym momencie przekroczył wszelkie granice. Czułem, że praktycznie się łamie.

Już prawie zdjęła majteczki…

Rzucałem się w korytarzu, kładłem na podłodze, wierciłem. Cokolwiek. Ból nie ustawał. Czułem się, jakbym miał w sobie jakiegoś chochlika, który piłuje mi kręgosłup. Na domiar złego komórka zapikała, dając do zrozumienia o niskim stanie baterii. Zacząłem prawie biec.

Muszę znaleźć wyjście. Muszę się stąd wydostać. Piszę o wydostaniu się, ale ja myślałem jedynie o wyprostowaniu. Czułem, że ból zaraz mnie przerośnie i stracę przytomność.

Komórka zapikała po raz drugi. To miał być ostatni sygnał. Biegłem jeszcze tylko przez chwilę, po czym padła.

Zostałem sam w bezwzględnych ciemnościach. Doszczętnie wyczerpany i obolały do granic ludzkich możliwości. Szedłem ślepo przed siebie. Powoli i nieudolnie. Wkrótce upadłem po raz pierwszy i ostatni. Czołgałem się dalej ku wyjściu. Czołgałem się, podciągając łokciami resztę ciała i posuwając się naprzód. Nie trwało to szczególnie długo.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy