Bestia, rozdział 1.

Autor: EmnildaAmelberga

Pewnego razu w małym miasteczku Zacisze pojawił się on. Z początku jego obecność nie była zauważona. Skradał się ostrożnie pod domy, gdy tylko zapadł zmrok. Nikt nawet nie podejrzewał, że jest obserwowany. A tymczasem kaprawe ślepia bestii śledziły każdy ruch mieszkańców. Kiedy zaatakował po raz pierwszy był to szok dla wszystkich. Z ciemności wyłonił się potwór. Ogromny czarny stwór, warczący wściekle i łypiący groźnie na te ruchome kawałki mięsa, które i tak nie były w stanie się przed nim ochronić.
Po długich tygodniach obserwacji zdecydował się na atak. Zabił wtedy trzy osoby. Wielebnego Zachariasza Jasika, którego przysłano do Zacisza jakiś rok temu. Był jedynym księdzem, który wytrzymał na tym odludziu, aż tyle czasu. Zwykle duchowni ulatniali się stąd, gdy tylko zwęszyli okazję przeniesienia się w jakieś bardziej cywilizowane miejsce. Miasteczko otoczone gęstym lasem i strzeżone z dwóch stron górami, nie cieszyło się zbytnią sympatią przyjezdnych. Mówiono, że to przez roztaczającą się wokół aurę. Przez tą gapiącą się, z każdego zakamarka, grozę. I może mięli rację, w końcu coś przypełzło do Zacisza i zabrało trzy niewinne dusze. Drugą ofiarą bestii była Amelia Frosz. Guwernantka. Młoda dziewczyna, która urodziła się w Zaciszu i nigdy nie opuściła tego miejsca. Związana na stałe z tym małym miasteczkiem nie zdąrzyła wyściubić nosa poza własny próg. Nie zdążyła zobaczyć, choćby kawałka innego świata, ponieważ pożarła ją bestia. Marzenia o podróżach uleciały razem z jej duszą. Ostatnią ofiarą był Ludwik Mlecz, starzejący się jegomość o nadzwyczaj pokaźnym majątku.
Nic nie łączyło tych osób, poza tym, że każda została zaatakowana przez tego samego potwora. Zmasakrowane ciała w kałużach krwi czekały, aż ktoś je odnajdzie. Bestia nigdy nie atakowała w tym samym miejscu. Śledziła swoje ofiary i wyskakiwała na swoją przekąskę, kiedy ta najmniej się tego spodziewała. Potem porzucała zalany czerwienią ochłap, który po kilku godzinach rozkładania się, mógł liczyć jedynie na towarzystwo much.
Tamtejszy szeryf rozpoczął śledztwo. Postanowiono odszukać potwora i wpakować mu w łeb co najmniej parę kul, ot tak dla pewności. Przetrząśnięto cały las. Polowanie nie przyniosło jednak żadnego skutku. Po zabiciu trzech osób, bestia zniknęła. Szeryf nie był początkowo zadowolony z takiego biegu wydarzeń. Liczył na to, że złapie potwora i uśmierci raz na zawsze. Mieszkańcy Zacisza przyjęli jednak te wieści z radością. Bestia odeszła i tylko to się liczyło. Szeryf po pewnym czasie, również zaczął cieszyć się z takiego obrotu spraw, choć do pewnego momentu bał się, że potwór wróci. I nie pomylił się. Bestia wróciła. Ale wiele lat później. Pokazując swoją nową twarz. Nie mniej przerażającą, niż pysk czarnego wilka.

Po dziesięciu długich latach stary Gerard mógł wreszcie powiedzieć, że przestał śnić o morderstwach w Zaciszu. Koszmary nawiedzające go każdej nocy dały sobie już spokój. Od miesiąca mógł spokojnie spać. Jego żona upierała się jednak, że koszmary nie dręczyły go przez wydarzenia mające miejsce lata temu, tylko przez picie. Gerard słuchał tego cierpliwie, ale i tak trzymał się swojej wersji.
Pił od lat. Zaczął kiedy zginął ksiądz Jasik. To był ciężki moment w życiu mieszkańców Zacisza. Policja była bezradna. Bo w końcu jak złapać mordercę, który nie zostawia po sobie żadnych śladów? Bestia była cwana. I tak do dzisiaj pewnie gdzieś krąży, wyżerając ludziom fragmenty ciała - pomyślał słodząc herbatę. Obwiniał się w pewnym sensie za śmierć tamtej trójki. Gdyby działał szybciej, może dało by się uratować choćby jedną osobę. Żona zawsze mu powtarzała, że nie jest niczemu winien. Zrobili co mogli. Nie mieli do czynienia ze zwykłym mordercą. Z człowiekiem. To była bestia. Ogromny, dziki zwierz, kt&oa

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy