BRACTWO: zaprzysiężona #5

Autor: Madziuchna

ROZDZIAŁ V

Wczoraj o tej godzinie było chłodno. Dzisiaj panuje zima arktyczna. Zostałam więc zmuszona, przez niekorzystne warunki klimatyczne, zmienić miejsce spotkania. Wybrałam zatem małą kawiarnię za rogiem szkoły, do której uczęszcza Marcin z Dominikiem. Często tutaj przychodziłam z bratem, ale ostatnio jakoś już mniej. On musi w końcu zajmować się rodziną, a ja.... cóż ja chyba już dorosłam.
Przychodzę do kafejki piętnaście minut przed czasem. Oczywiście przyjście tutaj w środku nocy jest niemożliwe, dlatego też przełożyliśmy godzinę spotkania na 18:15. Czekając na Dantego zamówiłam sobie kawę i usiadłam tam gdzie zawsze, w narożniku pod zachodnią ścianą. Z dala od wejścia i z dala od niechcianych spojrzeń. Zdjęłam mój jeszcze zimowy płaszcz i powiesiłam na wieszaku nieopodal wybranego stolika. Rozpuszczone blond włosy zebrałam i związałam w ciasny kucyk. Poprawiłam sweter i cieszyłam się nieobecnością mojego kontaktu. Na dworze za oknem właśnie zaczął padać śnieg, nie dość tego że sypało całą noc to jeszcze teraz. Mogłam zamówić gorącą czekoladę, w tym narożniku, ze śniegiem za oknem i gorącym słodkim napojem na stoliku czułabym się jak za dawnych lat kiedy razem z Joe'em wbiegaliśmy cali biali do kawiarni. Wtedy zamawialiśmy czekoladę z cukrem i mlekiem, po czym delektując się nią siadaliśmy w tym rogu lokalu. Co było minęło i nigdy nie wróci. Pogrążona we wspomnieniach nawet nie zauważyłam kiedy do kafejki wszedł Dante. Otrzepał zaśnieżałą kurtkę po czym skierował się w stronę baru. Chwilę po tym już siedział naprzeciwko mnie.
–    Ciao.
–    Ciao, Dante.
–    Trochę przymroziło, a ty już się chowasz - chłopak pokręcił głową i obdarzył mnie swoim szarmanckim uśmieszkiem.
–    Nie chcę aby mnie przewiało. Kto wtedy wysłuchiwałby twoich bredni?
Dante zaczął się śmiać. W tej chwili kelnerka przyniosła to co zamówił. Dziewczyna uśmiechnęła się do mnie. Odwzajemniłam uśmiech. To ona zawsze obsługiwała mnie i brata. Znamy się od lat, choć tylko z widzenia.
–    Musiałbyś wtedy przychodzić z informacjami do mojego domu, a wierz mi – nie chciałbyś tego.  
Chłopak dmuchnął w filiżankę z napojem, w celu ostudzenia. Wtedy dobiegł mnie zapach czekolady. Musiał zamówić akurat ją?
Przez chwilę żadne z nas się nie odzywało. Postanowiłam rozglądać się po pomieszczeniu w celu uniknięcia kontaktu wzrokowego z moim rozmówcą. W końcu postanowiłam przerwać ciszę.
–    Napisałeś w liście że masz prototyp ich broni – Dante powoli uniósł głowę po czym uśmiechnął się do mnie.
–    Bella, po co ten pośpiech! Informacje nie zając, nie uciekną. Siłą i pośpiechem niczego ze mnie nie wyciągniesz.
–    Nie nazywaj mnie tak! - obdarzyłam go wściekłym spojrzeniem. - nie możesz jak każdy mówić Ada?
–    Adelina, ale po co te nerwy. Że też trafił mi się taki nadęty babsztyl – prychnął rozbawiony.
–    Coś ty powiedział! - oburzona uniosłam się na siedzeniu. - Słuchaj no Dante, na następne spotkanie przyprowadzę Drake'a, czy ci się to podoba czy nie.
Drake to mój przyjaciel od bardzo wielu lat. Jest ode mnie dużo starszy, ma 25 lat. To świetny, kochający, serdeczny facet, jest też najprzystojniejszym kolesiem jakiego kiedykolwiek spotkałam. Jest aktorem i ostatnio rzadko go widuję, ale jestem pewna iż przyjechałby do miasta żeby mi pomóc.
–    Mam prototyp jakiegoś nowoczesnego pistoletu, niestety nie należy on do nieśmiertelnych. Wyprzedzę twoje kolejne pytanie – nie należy też do mnie.
–    Więc? Kto go skonstruował? - odetchnęłam trochę i znowu usiadłam wygodnie w narożniku. Chłopak dopił resztę czekolady, po czym oprał się łokciami o stolik i nachylił w moją stronę tak, że jego twarz znalazła się tuż przy mojej.
–    Osoby, których sprawy nie obejmują wojowników. To ludzie, a ich poczynania to nie interes nieśmiertelnych. - zaczął dokładnie przyglądać się mojej twarzy, ale gdy spojrzał mi w oczy odwróciłam, głowę w drugą stronę. - Mój szef twierdzi że możesz nam się przydać.
–    Nie obchodzisz mnie ani ty, ani twój szef, ani obietnica, którą ci złożyłam. Więc bądź łaskaw wziąć ode mnie kopertę i zdobyć potrzebne nam informacje
–    Czytaj między wierszami słońce, jesteś nam potrzebna i czy tego chcesz czy nie, złożyłaś mi obietnicę, a tego już nie odkręcisz bo przekazałem ci tamtą kopertę.
Dante odsunął się ode mnie i rozsiadł szeroko na siedzeniu. Uśmiechnął się swobodnie po czym wziął głęboki oddech.
Patrzyłam na niego niepewnie, z tak samo nieporuszonym wyrazem twarzy co zwykle. Ręce mokre od potu co chwilę wycierałam o spodnie. Dzisiaj czuję się niepewnie bo nie ma za rogiem Dominika czekającego na znak do interwencji. Obiecałam w końcu że przyjdę sama.
Sięgnęłam ręką do torebki i wydobyłam z jej środka białą kopertę. W środku napisane przez Marcina informacje, czekały na to aby ktoś je zdobył. Delikatnie jakby bojąc się, że ktoś rozerwie papier na strzępy, położyłam kopertę na stoliku przed moim kontaktem. 
–    W waszym świecie – nieśmiertelnych – pewnie myślicie że możecie dostać wszystko od ręki. Dajecie nieznajomemu facetowi kopertę i informacje, które musi dla was zdobyć, a jeżeli się nie zgodzi to podrzynacie mu gardło.
–    To nie jest nasz świat, bo ja jestem śmiertelna. No i my nie zabijamy niewinnych. Zresztą pozbywamy się tylko demonów. - teraz to ja pochyliłam się i oparłam o stół. Wtedy w oczy rzuciłam mi się lewa dłoń Dantego. Na serdecznym palcu miał dość dużą szramę. Na tyle dużą, na ile może być, biorąc pod uwagę iż znajduje się na palcu. Zawsze chował lewą dłoń, więc blizna musiała mu przypominać o czymś strasznym, może o jakimś traumatycznym przeżyciu z przeszłości. 
Chłopak chyba zobaczył że przyglądam się jego ręce ponieważ wziął ja na dół i ukrył w kieszeni. Wziął list i również umieścił go w kieszeni ale kurtki, której nie zdjął wchodząc do lokalu.
Spotkanie dobiegło więc końca. Kelnerka przyszła po puste filiżanki, a ja wciągnęłam na siebie płaszcz, dłonie schowałam w rękawiczkach, na głowę nałożyłam wełnianą czapkę, uprzednio rozpuszczając włosy. 
Ruszyłam do wyjścia. Na dworze już nie sypał śnieg, ale nadal było zimno. Do domu mam kawałek do przejścia, a chodniki są skute lodem i nie posypane ani piaskiem, ani solą. 
Zdążyłam ledwie przejść kilka metrów i zaliczyłam dość twarde lądowanie na lodzie. Zza pleców dobiegł mnie gromki śmiech. Doskonale znam już ten wkurzający głos. Dante podszedł bliżej, oparł motor na stopce i wyciągnął do mnie rękę. Odepchnęłam ją z irytacją i sama podniosłam się z chodnika zachowując w sobie chociaż resztkę dumy, jaka mi została. Dalej ruszyłam przed siebie.
–    Ej, goffo(niezdara). Może cię podwieźć! Nie zaliczysz kolejnej gleby. Powiedz, tyłek cię nie boli od bliskiego spotkania z chodnikiem?
Odwróciłam się na pięcie oburzona żeby wygarnąć mu prosto w twarz co o nim myślę. Chłopak patrzył na mnie jak zwykle tymi swoimi ciemnymi oczyma, a mój wzrok powędrował do jego dłoni. Widok szramy na palcu napełnił mnie dziwnym żalem. Co gorsza zauważyłam iż blizna ciągnie się od palca w górę i nie wiadomo gdzie się kończy. Cokolwiek mu się stało, to musiało być okropne. Dante podszedł z motorem bliżej. Przełożył nogę przez siedzenie i zapalił silnik. Ruchem dłoni zachęcał mnie do zajęcia miejsca za nim.
–    No już! To nie ty czekasz na mnie, tylko ja na ciebie, a wiesz mi że moja cierpliwość nie rzeka, i kiedyś się kończy - ponaglał mnie.
–    Rzeka też ma swoje ujście, wiesz?
Niechętnie powędrowałam wzrokiem do siedzenia na motorze. Westchnęłam i postanowiłam zaryzykować. Przełożyłam lewą nogę na drogą stronę pojazdu i chwyciłam Dantego pod boki. Czekając aż ruszy zaczynałam się niecierpliwić.
–    Dlaczego nie jedziesz? Przecież usiadłam jak należy. - spytałam z nutą irytacji w głosie.
–    Ledwie mnie dotykasz. Gdy tylko ruszę ty zaliczysz kolejną wpadkę, a przecież właśnie tego chcemy uniknąć, prawda ?
–    Więc jak mam się trzymać? - spytałam już nieco spokojniej.
Chłopak podparł się o ziemię obiema nogami, po czym chwycił moje ręce i objął nimi swoje ciało. Chwyciłam dłońmi jego rozpiętą kurtkę i zacisnęłam na niej zziębnięte mimo rękawiczek palce. 
Po chwili ruszyliśmy w stronę mojego domu. Dante nie zwracał uwagi zarówno na kierunkowskazy jak i niekorzystne warunki drogowe. Pędził jak szalony, a ja przyciskałam do niego całe swoje ciało. Chociaż nie jestem w stanie odgadnąć co on teraz czuje, to jestem pewna że się uśmiecha z satysfakcją. Ja miałam zaciśnięte nie tylko dłonie, ale także oczy. Człowiek mniej boi się tego, czego nie widzi. Tak już jest.
Informator bardzo ostro wchodzi w zakręty i mimo lodu jedzie z wysoką prędkością. Przy każdym zakręcie obejmuję go coraz mocniej, a on głęboko wciąga i wypuszcza powietrze. Nie mam ochoty myśleć o tym jak to wszystko mu się podoba.
Po kilku minutach motocykl zwolnił. Nadal bałam się spojrzeć na drogę, aż w końcu poczułam jak pojazd przechyla się na lewą stronę. Jęknęłam ze strachu a wtedy Dante zaczął rechotać pod nosem.
–    Nie mam ochoty wysłuchiwać twoich kumpli jak będą gadali, że przytulaliśmy pod twoim domem.
Otworzyłam oczy. Staliśmy na podjeździe mojego domu, chłopak opierał lewą nogę o ziemię, a prawą nadal miał na pedale. Złapałam się na tym że nadal go obejmuję. Szybko jak oparzona zeskoczyłam z motoru i popędziłam do drzwi wejściowych. Zatrzymałam się w półkroku myśląc o tym że przecież on mnie tu przywiózł i dobre wychowanie nakazuje mi podziękować. W takich chwilach wolałabym być wychowana przez wilki.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy