Dupeczka

Autor: marcinjerzymonet

Świat nie jest taki zły i nieprzyjazny, jak może się wydawać. Wystarczy tylko zadbać o priorytety.  Trzeba  jeść,  pić  i  wydalać.  Trzeba  coś  robić.  Mieć  swój  kąt.  Mieć  swój  czas. Pozwolić temu płynąć. Tej zbudowanej z małej stabilizacji barce, która każdego kolejnego dnia wypływa na wielki, przerażający ocean.

Dawać pożywkę swoim neuronom, każdego dnia. Po 34 latach życia wiem, że to jedyna prawda,  obowiązek i sens. Wypełniać tą przerażającą pustkę trwania. Zapewnić by nie zjadła nas, niczym armia moli, które pożerają stare garnitury.

Z tej jedynej przyczyny ludzie podejmują się absurdalnych czynności. Niektórzy skaczą w      przepaść,    inni    wspinają    się   po    stromych    skałach,    jeszcze    inni    zbierają    zupełnie bezwartościowe rupiecie – meble, znaczki, kolekcje długopisów.

Są też  tacy,  którzy  uciekają  w  znieczulenie.  Kokaina,  pseudo-efedryna,  meskalina, sporysz, absynt, wódka, heroina, LSD, tabletki extasy, grzyby halucynogenne, szałwia wieszcza, eter, speed, DMT, bieluń, muchomor czerwony, haszysz, marihuana, tussipect – możliwości jest naprawdę     wiele.

Po głębszym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że wbrew pozorom nie zaliczam się do tej grupy. Pokarmem dla moich synaps jest Dupeczka.

Światło  ekranu  komputera  razi  w  oczy.  Sięgam  po  szklankę  z  gatunkową  brandy, równocześnie  gasząc peta. Huk i przeraźliwy skowyt miasta, na siódmym piętrze jest tylko rodzajem miłego szumu,  zbliżonego nawet do odgłosów natury. Mogę spokojnie uznać go za pokraczną wersję szumu fal oceanu albo wiatru, który hula po łąkach.

Na siódmym piętrze ten cały syf z dołu pozwala myśleć, że mimo wszystko, nie jestem sam, że miliony innych istnień cały czas są obok mnie – w „bliskiej zagranicy”. Widzę światła w oknach na przeciw. Są jak zapalone znicze albo lampiony. Cieszę się, że świecą. Nawet jeśli najcięższym brzemieniem jakie dźwigam – jest własna samotność.

Smuga dymu ze zgaszonej fajki jeszcze przez chwilę unosi się wysoko, pod sam sufit. Głaszcze żyrandol w stylu  zestandaryzowanej secesji – takim samym, dokładnie takim – jak dziesiątki innych żyrandoli, jak wszystkie żyrandole na tym piętrze.

Dupeczka.  Rzeczywiście  wspaniała.  Okrągła.  Jak  dwa  bochenki  wiejskiego  chleba. Wypina  się  z  ekranu  wprost  pod  mój  nos. Wychodzi  na  wierzch  spod  skrojonej  na  miarę spódnicy, ze znakiem rozpoznawczym, umieszczonym tak by przylegał do kości ogonowej. Z

naszywką z wizerunkiem kota. W środku między pośladkami kryje się różyczka przesiąknięta zapachem moczu. Miękkie, wilgotne zwierzątko.

 

Kilka szybkich ruchów. Tyle mi wystarczy, by poczuć kleistą ciecz, wypływającą wprost na moją dłoń. Jest ciepła i taka prywatna. Pozwala mi poczuć bliskość. Poczuć istnienie. Swoje własne istnienie. Poczuć, że nie jestem sam, że mam siebie. I Dupeczkę.

 

Nie pokazuje twarzy. Nigdy. Osiem tysięcy wejść. Osiem tysięcy prywatnych spotkań z własną rządzą, z samym sobą. Z różnych części tego wielkiego kraju, z różnych domów i hoteli, pokoi i salonów, biur i warsztatów samochodowych. Dupeczka.

„Nie  odpowiadam  na  głupie  zaczepki.  Szanuję  tylko  poważnych  mężczyzn”.  Dupeczka.  Stu trzydziestu siedmiu znajomych.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy