Zwyczajnie - miłość. (I) Ona i on

Autor: zielona

Rzecz będzie o miłości. Temat stary jak świat, albo jak sama miłość. Oczywiście to temat bardzo szeroki, a rodzajów miłości jest wiele. Można mówić o miłości rodzicielskiej, braterskiej, międzyludzkiej, przyjacielskiej, oblubieńczej itd. Oczywiście każda jest ważna i ma ogromne znaczenie dla naszego życia i ja tu spróbuję o każdą zaczepić, ale głównie będzie o tej oblubieńczej; znaczy dziewczyna, chłopak i takie tam.

Odkąd człowiek jest człowiekiem, kobiety i mężczyźni łączą się w pary, aby spłodzić potomstwo i przedłużyć gatunek (albo normalnie – dla przyjemności). Gody człowiecze są chyba najbardziej zróżnicowanymi, wymyślnymi, urozmaiconymi pośród całej gamy stworzeń. U większości zwierząt wystarcza instynkt, odpowiedni zestaw lotnych substancji chemicznych pod kryptonimem: feromony, które niosą do osobnika przeciwnej płci informacje o predyspozycjach biologicznych. Liczy się siła ewolucji, która na drugiego rodzica swego potomstwa, każe wybierać osobnika zdrowego, silnego, dającego największe szanse przetrwania. Człowiek natomiast wybiega ponad to i komplikuje, komplikuje i jeszcze raz komplikuje. Tak… Może to i dobrze. Nie wiem. Jeżeli chodzi o gody tego gatunku, którego sami jesteśmy przedstawicielami zainteresowanie jest spore – jeszcze sporsze grono różnej maści pismaków, pisarzy i grafomanów (kłaniam się niziutko), którzy temat podejmują i nie szczędzą wyobraźni, aby go przybliżyć. Oczywiście każdy marzy, pragnie i potrzebuje, aby zwieńczeniem takich godów była miłość – wielka, potężna, niezłomna. No i co tu ukrywać? Zdarza się, choć droga ku niej bywa różna.

 

Co by spełnić wszystkie wymogi opowieści o „godach” muszę nakreślić jakiegoś „jego” i jakąś „ją”. Najpierw jednak miejsce. Rzecz dzieje się w Stanach Zjednoczonych, a konkretnie na przedmieściach miasta Las Vegas. Kojarzycie? To miasto kasyn i neonów, które nigdy nie śpi, w którym wciąż gra muzyka, a zaludnienie jest tak duże, że trudno znaleźć jakiekolwiek ustronne miejsce. Architektura jest równie pompatyczna co reszta ustrojstwa zdobnego w podświetlane fontanny, palmy, kolorowe, mrugające neony, światełka itd. My jednak wchodzimy w boczną ulicę, dostajemy się na względnie cichy brzeg jeziora. Jest tam knajpa z wejściem w postaci otwartej rybiej paszczy z oczyma mrugającymi na zielono. Wewnątrz - stoliki, krzesełka, marynarskie gadżety porozwieszane tu i tam. Bar w kształcie łodzi, na środku duża szklana rura, spełniająca rolę akwarium, podświetlająca morską florę i faunę znajdującą się w wodzie. Na ścianie koło starego steru, beczki, imitacje wypchanych ryb, kelnerzy w pasiastych strojach a la –marynarskich, w tle muzyka szantowa. Klientela – kilku mężczyzn przy kuflu piwa, grono młodzieży – towarzystwo mieszane, jakieś dwa starsze małżeństwa rozprawiające ze sobą przyciszonymi głosami – chyba turyści.

W tej to knajpce, przy stoliku w rogu siedzi ona. Młoda kobieta -  włosy brązowe, gładkie, błyszczące, spadające na plecy prawie do pasa. Schowana za stolikiem, ubrana w żakiet barwy łososiowej i białą bluzeczkę zapinaną pod szyję – wszystko dopasowane. Skromna, elegancka, atrakcyjna. Tak, ale wcale nie dlatego, że brzydkim miłość się nie zdarza. Oczywiście, że się zdarza, ale umówmy się, że uroda to rzecz względna. Każdy młody człowiek jest piękny – dla kogoś, bo piękno to odczucie patrzącego, a nie wartość sama w sobie. Tak?. Toteż siedzi sobie przy stoliku, patrzy tępo w kieliszek wina trzymany w dłoni, to znów na stół, na okno, odgarnia do tyłu włosy, ociera nos. Płacze. Oczy? - duże, szare, mokre od łez, a wokół nich ciemna smuga rozmazanego tuszu. Obraca w dłoniach kieliszek, obrysowuje palcem jego brzeg, jakby robiła to zupełnie bezwiednie. Myślami najwyraźniej jest daleko. Makijaż całkowicie rozmazany i nos dmucha w mokrą już zupełnie chusteczkę (ohyda ). Rozgląda się za miejscem gdzie mogłaby ją wyrzucić – wcisnęła do torebki (łee).
 
Teraz on. Wpadła do lokalu grupka młodych mężczyzn. Młodych i wysportowanych(A co? ) Grupka… hm… - sześciu. Rozgadani, roześmiani, przepychający się nawzajem, ubrani w dżinsy, koszulki – dość pospolite bezrękawniki, z torbami sportowymi na ramionach. Torby wcisnęli pod stolik przy którym się rozsiedli. Któryś zakrzyknął do kelnera wyraz – menu – jakby był jedyną liczącą się tu osobą. To nie on - nie nasz on. Nasz jest jednym z tych gadających między sobą – niby przyciszonymi głosami, a jednak wypełniając gwarem cały lokal. Ten nasz siedzi z uśmiechem, ale jest cichszy nieco od pozostałej grupki. Słucha tak - jakby, ale niekoniecznie uważnie, odpowiada, żartuje, ale jakby bez zbytniego zaangażowania. Śniada cera, czarne błyszczące oczy ukryte w cieniu sumiastych brwi, rysy wyraźne, ale nie ostre, wargi zarysowane tak, jakby były w połowie drogi do pocałunku. Kolczyk w uchu i plama na koszulce. (Niech mu tam będzie). Siedzi przy swoim stoliku w taki sposób, że rozmazaną dziewczynę ma przed sobą. Spogląda na nią raz po raz, nie wiadomo czy bardziej zaaprobowany jej postacią w całości, czy niezwykłością makijażu. Tak czy inaczej zerka na nią, a ona w końcu to dostrzega i czuje się tym z czasem trochę skrępowana. Raczej nie usiadła tam, żeby być w centrum uwagi, więc przesiada się na drugą stronę, żeby go nie widzieć.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy