Bierz przykład z brata!

Autor: Hardy

(-) Wykąpany i odświeżony, wraz z tatą i rodzeństwem siadłem przy stole. Na nim, oprócz postawionych talerzy, leżała... moja dymna świeca. Ta pierwsza, która schowana była w walizce. A jednak wieści z kolonii dotarły! Usiadłem, jakbym nic dziwnego nie zauważył. Starałem się nie dostrzegać uśmieszków starszych z rodzeństwa, brata i siostry. Młodsza była jeszcze za mała, aby coś rozumieć.

– Co to jest? – nazbyt spokojnie zapytała mama.

– To? Jakaś... ee... no, świeca. Taka, co dym daje. – Starałem się, aby głos mi nie zadrżał. Kiedy mama zaczyna mówić bez emocji, to nie jest dobra wróżba.

– Tyle to już wiem od taty. Skąd ją masz? Nie sprzedają ich w sklepie. Ma je tylko wojsko.

– A, to pamiątka z kolonii. Znalazłem ją na polu za płotem. Tam wiele ich było. Pewnie ci żołnierze z jednostki obok je pogubili. Wziąłem więc jedną na pamiątkę.

– Na pamiątkę? Leżała na polu? I leżała tak całkiem nowiutka, nawet nie zmoczona przez deszcz, niezabrudzona? – Nawet ktoś z wrodzonym niedosłuchem wyczułby ironię w głosie mamy. A ja nie narzekałem na słuch. – Nie opowiadaj bajek, dobrze? Wiesz, że to wojskowe? Nie dla dzieci. Ile ich miałeś?

– Noo, tę jedną. I jeszcze dwie, ee... trzy, ale zostawiłem je na kolonii. To znaczy, kierownik kolonii nam wczoraj pozabierał.

– Aha, pozabierał. To miałeś jeszcze dwie czy trzy?

– No trzy.

– Nie mówi się no. Dlaczego nie oddałeś też tej czwartej?

– Mamusiu, przecież to tylko świeca! – Teraz do mnie dotarło, jaka awantura by wybuchła, gdyby któryś z nas przywiózł „taki mały pistolecik, nawet zepsuty” i jakiś rodzic znalazłby go. A my nie rozumieliśmy, czemu na kolonii znajomy komandos tak się wtedy wściekł...

– Świeca, tylko świeca. Nie jedna, a cztery. Po co je brałeś?! – Mama podniosła głos o ton wyżej.

– Noo... wziąłem. Leżały, to wziąłem. Na polu przecież by się zmarnowały.

– Mówiłam, że nie mówi się no. Leżały, to mogły i dalej leżeć. A najlepiej gdybyś zgłosił do wychowawcy. Nie twoje były. Do czego ci one, co? No dobrze, jedz już. A świecę tata zabiera.

W końcu mama dała mi spokój. Nareszcie. Wyraźnie dzisiaj musiała się wygadać. Nie chciałem zbytnio brnąć w kłamstwa, przyznałem się więc do tego, o czym rodzice i tak już wiedzieli. Im więcej pytań, tym łatwiej można przypadkiem za dużo powiedzieć. Nie zaryzykowałem też, aby zwrócić mamie uwagę, że sama mówi „no”. Niepewną sytuację musiałem łagodzić, a nie zaostrzać.

Przysunąłem do siebie talerz z zupą i zacząłem jeść. Udawałem, że nie słyszę chichotów starszego rodzeństwa. Tata też się półgębkiem uśmiechał, ale nic nie mówił. Mama tylko westchnęła, ale dla mnie ważne było, że przestała wypytywać. Wzięła świecę dymną ze stołu, pogroziła mi palcem i oddała ją bez słowa ojcu. Usiadła przy mnie i znowu zapytała:

– A ile zaoszczędziłeś z kieszonkowego, które dałam na kolonie?

– Troszkę mi zostało. Dostałem tylko dwadzieścia złotych. – To był dla mnie bezpieczny temat. Nie tylko nie pożyczyłem od nikogo pieniędzy, ale nawet wszystkich własnych nie wydałem. A z tylu przyjemności musiałem zrezygnować. Co to jest dwadzieścia złociszy na miesiąc kolonii, kiedy najtańsza czekolada kosztuje dziewiętnaście? Kino było tańsze, czasem i za pięć-sześć złotych można było wejść. Ale na film akurat ani razu nie poszliśmy.

– Tylko? Na miesiąc dostajecie dziesięć. Miałeś więc aż dwa razy więcej.

– Ale to były kolonie! Trochę słodyczy kupowałem. Ale jeszcze mi zostało! Dwa pięćdziesiąt.

– Dwa pięćdziesiąt. Andrzej był też na kolonii i przywiózł z powrotem czterdzieści złotych. A dostał tyle samo.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy