Kontrakt

Autor: djas

Poddałem się. Miałem już absolutnie dość wszystkiego. Na to, żeby ze sobą skończyć jakoś nie miałem jeszcze odwagi. Ale już samo to, że zacząłem o tym myśleć było najlepszym dowodem, że ostatnie miesiące to pasmo porażek.

Ostatnie miesiące to było pasmo porażek. Najpierw zostawiła mnie żona. Znalazła sobie lepszy model. Lepiej zarabiał, lepiej wyglądał i przyznaję uczciwie – lepiej troszczył się o Hankę. Zresztą nie tylko o nią, byłem pewien, że o naszą córkę też zadba lepiej ode mnie. Córkę, którą pewnie nieprędko zobaczę, bo razem z moją byłą i nowym tatusiem przenieśli się do Stanów. Nie wspominałem, że John jest amerykańskim dentystą? Ano jest. Kasy ma jak lodu, toteż Hanka zrzekła się alimentów. Zresztą i tak nie miałbym z czego ich płacić, bo jako kierowca tira nie mogłem wykonywać pracy bez prawa jazdy, a to zabrali mi, gdy wracałem autem z knajpy, w której zapijałem żal po utracie rodziny. Samochodem też nie musiałem się z nią dzielić, bo wyrżnąłem nim wówczas w słup i niewiele z niego zostało…

Bez pracy nie mogłem spłacić kolejnych rat kredytu za mieszkanie, które wraz z hipoteką zostawiła mi wspaniałomyślnie Hanka. Za kilka dni spodziewałem się eksmisji, a że nie miałem ani bliskiej, ani dalekiej rodziny i żadnych przyjaciół, to czekało mnie spanie pod mostem.

Komputer i telewizor poszły do lombardu, bo już nie miałem za co pić. Z wartościowszych sprzętów została mi lodówka, bo pralkę wczoraj szlag trafił, no i smartfon na kartę. Jutro kończył mi się okres wykonywania połączeń, więc bez żalu planowałem wymienić go na jakieś pięćdziesiąt złotych. Mógłbym za to kupić cztery flaszki na mecie mieszczącej się parę przecznic dalej. Może i nie było to najsmaczniejsze, ale przynajmniej nie pozbawiało wzroku i pozwalało odpłynąć.

Pieniędzy na karcie SIM też miałem raptem na wykonanie jednego krótkiego połączenia. Skacowany siedziałem trzymając w jednej ręce smartfon, a w drugiej najostrzejszy nóż, jaki miałem w domu. Zacząłem przekonywać siebie, że samobójstwo to wcale nie takie złe rozwiązanie. Jednym cięciem wzdłuż żyły mogłem zakończyć wszelkie moje problemy. Umierając miałbym satysfakcję, że za mieszkanie, w którym ktoś popełnił samobójstwo nikt nie da bankowi dobrych pieniędzy. A że był środek lata, całkiem upalnego, to przez kilka dni pewnie bym się całkiem nieźle rozłożył, no i takiego smrodu też ciężko się pozbyć. Kusząca możliwość.

Z drugiej strony patrząc na wyświetlacz wiedziałem, że może warto pomyśleć i wykonać jakiś jeden cudowny telefon, który wszystko zmieni, odwróci złą kartę. Tylko do kogo, do diabła, mógłbym zadzwonić?!

Pewnie gdyby nie kac i jeszcze nie do końca sprawny mózg skusiłbym się na cięcie. Ale wolne przetrawianie myśli pozwoliło mi wychwycić zwrot, który przed chwilą przeleciał przez głowę. Będąc tylko drobnym przekleństwem jest zwykle pozbawiony treści, jednak nie tym razem. Nagle wydało mi się oczywistym, że jedyny telefon, jaki mógłby mnie uratować, to rozmowa z diabłem właśnie. Tylko skąd wziąć numer piekła? Bo jakoś nie miałem wątpliwości co do jego istnienia.

Oświeciło mnie równie szybko. Wykręciłem trzy szóstki i usłyszałem plumknięcie oznajmiające, że zostałem rozłączony. W pierwszej chwili chciałem ze złości cisnąć telefonem o podłogę, w porę zorientowałem się, że jeśli jednak na razie nie użyję noża, to po rozwaleniu ostatniej w miarę wartościowej rzeczy jutro nie miałbym za co pić…

No właśnie, w lodówce miałem jeszcze prawie pełną, ale już ostatnią flaszkę od Ryśka z Bema. Wstałem i niepewnym krokiem ruszyłem do kuchni.

Nagle zadzwonił dzwonek. Było przed północą, a o tej porze prócz Macierewicza nikt raczej nie pracuje. Na pewno nie był to nikt z banku, bo miałem jeszcze kilka dni na uregulowanie zadłużenia. Choć z drugiej strony ci też raczej nie odwiedzaliby mnie o tej porze.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy