Olaf i Dionizy, czyli historia pewnej umowy

Autor: Szabla

 Więcej oowiadań (i nie tylko) znajdziesz też na moim blogu: tekstyszabli.wordpress.com            

             Wieczór nie odróżniał się niczym konkretnym od któregokolwiek ze swoich poprzedników. Można też było całkiem śmiało przypuszczać, że jego następcy również nie będą odbiegać znacznie swoim charakterem od nudnej średniej najnormalniejszych z wieczorów. Przynajmniej jeśli chodzi o miejskie wieczory środka tygodnia. Wiadomo, że w wielu miejscach na świecie w tym samym momencie toczyły się wojny, w innych ludzie byli okradani, gwałceni, torturowani, truci, porywani tudzież w jakikolwiek inny sposób doznawali naruszenia ich nietykalności, godności, własności lub też czci.

            Jednak nie w tej uliczce. Prezentowała się ona nad wyraz nudno w porównaniu do lokacji wspomnianych przed chwilą. Oczywiście, zależnie od perspektywy można to było poczytywać za zaletę bądź wadę, mimo to fakt pozostawał faktem – nie działo się tutaj zupełnie nic.

            Okoliczność ta zyskiwała na zagadkowości, jeśli rozważyło się okolicę i sąsiedztwo, w których to nudne miejsce się skryło. Otóż od centrum sporego miasta, którego było częścią, dzieliło je zaledwie kilka przystanków komunikacji miejskiej, lub też półgodzinny spacerek. Można więc powiedzieć, że była to swego rodzaju odwrócona oaza (w końcu oazy są wyspą CZEGOŚ pośrodku NICZEGO, podczas kiedy ta uliczka była niejako wyspą NICZEGO pośród bardzo intensywnego, nachalnego, lecz również słabo definiowalnego miejskiego CZEGOŚ). Elementy składowe tej oazy spokoju stanowiły dwa niezbyt szerokie chodniki, zaparkowane na nich samochody, pas jako-tako trzymającego się asfaltu, równy rząd odrapanych odrobinę latarni oraz oczywiście budynki mieszkalne stojące grzecznie i bez ruchu wzdłuż ciągu tej ulicy. Z owymi budynkami była o tyle ciekawa sytuacja, że mimo faktu, że były dość duże i wydawałoby się – dorosłe, to znakomita większość z nich chowała się za masywnymi kamiennymi płotami lub też tyralierą drzewek iglastych. Te pierwsze miały nieprzyjemną skłonność do padania ofiarą „artystów-amatorów”, którzy niesieni falami entuzjazmu lokalnego patriotyzmu znaczyli je sobie tylko znanymi hieroglifami mającymi stanowić ostrzeżenie dla innych grup plemiennych, że wkraczają na wrogi teren. Z kolei te drugie, czyli drzewka, jeśli były posadzone przez niewprawnego ogrodnika, który umieścił je zbyt blisko płotu (a jeszcze kiedy ten płot stanowiła tylko jakaś druciana siatka), to musiały znosić kilka razy dziennie ciepłe strumienie psiego (zazwyczaj) moczu, którego funkcja była jakoś zagadkowo zbieżna z tą opisywanych przed sekundą hieroglifów.

            Mimo występowania tych różnych wiadomości dla wtajemniczonych (które sugerowały, że być może nie zawsze było tu tak spokojnie), teraz  ani jedna żywa dusza nie urozmaicała swoją obecnością tego nieciekawego miejsca. Można by się zacząć zastanawiać, po co w ogóle je obserwować i rozważać.

            Wydawać by się mogło, że do podobnego wniosku doszli mieszkańcy mniej lub bardziej zakamuflowanych domów. Obywatele miasta z dziada-pradziada do spółki z niespokojnymi studentami, którym wynajmowali pokoje (bo pokoju im wynająć już nie bardzo mogli), wydawali się w znakomitej większości już spać. W prawie żadnym oknie nie dało się zauważyć światła świadczącego o tym, że ktoś ma jeszcze do roboty coś lepszego od spania. Nieuważny obserwator szybko przekonałby się do tego rodzaju wniosku i w poczuciu odwalonego obowiązku udał się na piwo. Tego rodzaju pochopność mogłaby go kosztować przeoczenie smugi jasności wydobywającej się z niewielkiego okna znajdującego się niewiele ponad poziomem gruntu.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy