Pocztówka

Autor: HerrSteppe

Freitag 24sten Juli
Punktualnie o 10 zjawiłem się przed hotelem Reichsadler. Secesyjna zadbana fasada nie wyróżniała się ani kolorem, ani wyglądem spośród sąsiednich budynków. Gdyby nie znajdujący się nad wejściem napis z nazwą można by pomyśleć, że wchodzi się do kolejnej kamienicy.
Nie widząc nigdzie odźwiernego otworzyłem przeszklone drewniane drzwi i ruszyłem korytarzem wyłożonym czerwonym dywanem kierując się w stronę znajdującej się kilka metrów na lewo od wejścia recepcji. Za solidną drewnianą ladą stał ubrany w elegancki garnitur mężczyzna lat około trzydziestu z wykrochmalona białą koszulą zapiętą pod samą szyję.
-Serdecznie witamy w Hotelu Reichsadler, czym możemy służyć?
-Witam, nazywam się Gregor Steppe. Jestem umówiony z Irene Landmann i jej mężem.
-Oczywiście. Państwo Landmann już czekają. Znajdzie ich Pan w restauracji, proszę zaczekać boy zaraz Pana zaprowadzi.
-Dziękuję, ale znam drogę.
-Jak Pan sobie życzy – odparł recepcjonista przytakując z uśmiechem.
Restauracja nie była daleko. Właściwie wystarczyło się odwrócić by zobaczyć znajdujący się kilka metrów po lewej stronie, na końcu hallu napis „Restaurant”. Nie czekając, skierowałem się w tamtą stronę i wszedłem do środka. Wewnątrz było niemal pusto, z kilkunastu stolików tylko trzy były zajęte, przy dwóch siedziały pojedyncze osoby, przy jednym kilku osobowa rodzina. Szybko odnalazłem wzrokiem Irene Landmann i ruszyłem w jej kierunku, siedziała sama, jednak na stole leżały dwa nakrycia.
-Witam Frau Landmann – powiedziałem zatrzymując się przed jej stolikiem.
-Witam detektywie, Henrik zaraz przyjdzie.
-Oczywiście – odparłem dosiadając się – mam nadzieję, że przekazała Pani szanownemu małżonkowi moje warunki?
-Naturalnie, ale oto i on – powiedziała wskazując na powoli zbliżającego się mężczyznę w szarej prążkowanej marynarce. Wstałem i wyciągając dłoń przedstawiłem się:
-Dzień dobry, Herr Landmann, nazywam się Gregor Steppe..
-Witam panie Steppe, proszę usiąść – powiedział zajmując samemu miejsce naprzeciw Frau Landmann. Żona zapoznała mnie z wysokością pańskiego honorarium. Szczerzę mówiąc muszę przyznać, że nie są to małe pieniądze, ale gdy chodzi o rodzinę cena nie powinna być przeszkodą. Martwi mnie tylko pańska osoba.
-Moja osoba? – zapytałem nie do końca rozumiejąc o co chodzi.
-Proszę mi powiedzieć, od jak dawna jest Pan detektywem i mieszka we FreiStadt?
Uśmiechnąłem się krzywo – a więc o to im chodziło – pomyślałem.
-Niech zgadnę zdziwiła Pana niska, w porównaniu do konkurencji cena i postanowił Pan sprawdzić, czy przez przypadek nie jestem jakimś oszustem, chcącym wyłudzić pieniądze w zamian za przedłużenie nadziei na odnalezienie córki? Proszę nie odpowiadać, jak najbardziej rozumiem pańskie zachowanie. Gdyby chodziło o moje dziecko też chciałbym mieć pewność, że detektyw dołoży wszelkich starań, żeby je odnaleźć. Co zaś do pytania to w Mieście bawię od stycznia tego roku, a detektywem jestem od jakiś dwóch lat.
-Skoro jest pan profesjonalistą, to dlaczego zażądał Pan o połowę mniej niż inni?
-To już moja sprawa, powiedzmy, że uważam tę sprawę za ciekawą, czy taka odpowiedź Pana satysfakcjonuje, czy też mam zwrócić zaliczkę a następnie podamy sobie ręce i pożegnamy się?
Może zareagowałem nieco nerwowo, ale nie miałem ochoty tłumaczyć kolejnym klientom, że będąc nowym detektywem w Mieście nie zdążyłem jeszcze wyrobić sobie renomy oraz, że obniżenie ceny to najlepsza zachęta. Klienci myśleli „tani znaczy kiepski”, ale często tylko na takiego detektywa było ich stać. Pamiętałem to doskonale. Inne miasto, nieco inne czasy, ale mentalność ta sama.
Henrik Landmann najwyraźniej wziął moje słowa na poważnie bo szybko zrezygnował z dalszych pytań, zamiast tego przepraszający głosem powiedział:
-Proszę się nie denerwować. Już dawno podjęliśmy z żoną decyzję o zatrudnieniu Pana.
-A pytanie? Opinia konkurencji?
-Jak sam Pan powiedział chodziło o nabranie pewności, ale przechodząc do meritum. Ze słów żony zrozumiałem, że chciał Pan z nami porozmawiać i zadać kilka pytań?
-Tak, po pierwsze chciałbym otrzymać parę zdjęć, fotografię państwa córki już mam, ale zdjęcie drugiej dziewczynki również byłoby pomocne, tak samo jak adres jej rodziców oraz rodziców tej trzeciej, która miała jechać, ale zachorowała.
Frau Landmann wyjęła z torebki kartkę papieru, notatnik i zaczęła przepisywać potrzebne informacje. Po chwili wręczyła mi zapisany świstek papieru oraz zdjęcie Charlotte.
-Czy od momentu wyjazdu kontaktowali się państwo z innymi rodzicami?
-Codziennie rozmawiam z mamą Charlotte, jednak ani ona, ani jej mąż nic nie znaleźli - obydwie dziewczynki zniknęły i nie dają znaku życia. Policja uspokaja nas mówiąc, że robi wszystko co w ich mocy, żeby je odnaleźć, ale jeszcze nie natrafili na ich ślad...
Zapytałem jeszcze o parę szczegółów, ale Frau i Herr Landmann nie dopatrzyli się dziwnych zachowań u córki, z ich słów wynikało, że Kamile nie miała „sympatii”, sami zaś nie posiadali wrogów i nie byli bogaci. Kończąc rozmowę poprosiłem o ich wspólną fotografię, najlepiej z córką. Nieco zaskoczeni prośbą, po chwili wręczyli mi błyszczące zdjęcie:
-To nasze ostatnie zdjęcie, zrobiono je dwa dni przed wyjazdem.
Podziękowałem, pożegnałem się i wyszedłem z hotelu. Miałem przed sobą sporo pracy. Najpierw jednak korzystając z bliskości dworca kolejowego zakupiłem bilet i pojechałem do Zoppot, gdzie miałem nadzieję spotkać Heinricha, który, chociaż sam w to wątpiłem, może zapamiętał Kamile i Charlotte. Jak się okazało moje wątpliwości były bezpodstawne. Recepcjonista po pokazaniu mu fotografii od razu rozpoznał obydwie dziewczyny:
-Pamiętam, przyjechały dwa tygodnie temu, zajęły pokój i jakoś tak przed dwudziestą wychodziły. Obydwie wystrojone jak na jakieś tańce.
-Wychodziły same, czy może ktoś na nie czekał, albo szedł za nimi? – zapytałem.
-Czy ktoś szedł nie wiem, za dużo ludzi, chociaż – Heinrich zawahał się na moment - tak właściwie, to w hallu zagadała do nich dwójka młodych mężczyzn i chyba nawet razem wychodzili. Nie jestem pewien. To było dwa tygodnie temu i gdyby nie to, że ta blondynka była naprawdę ładna, no sam pan wie, to chyba nawet bym nie zwrócił na nie uwagi.
-Rozumiem. Może widział Pan ich tutaj wcześniej, albo później?
-Nie wiem, raczej nie, a przynajmniej nie przypominam sobie, żeby w ostatnim czasie byli gośćmi naszego hotelu.
-Mam jeszcze jedno pytanie. Czy kiedy obie dziewczyny wymeldowywały się ci mężczyźni również byli w pobliżu?
-Przykro mi, ale na prawdę nie pamiętam. Dziewczyny zostawiły klucze, uregulowały rachunek i wyszły, tak po prostu zwyczajnie opuściły nasz hotel. Chyba nikt ich nie odbierał i nikt im nie towarzyszył, to wszystko co wiem detektywie.
Podziękowałem za informację i zostawiając dziesięć guldenów poszedłem do hotelowej restauracji. Wiedziałem już, że Kamile była tutaj, postanowiłem ponownie pokazać zdjęcie i zapytać o dwóch mężczyzn, którzy mogli towarzyszyć jej i Charlotte. Kelnerka, ta sama co ostatnio, nie pamiętała jednak żadnych mężczyzn, jedynie dwie niepełnoletnie dziewczyny:
-To było w piątek, sobotę, niedzielę?
-W weekend nie, to był wtorek lub środa. W piątek wieczorem na sali była Hilda. Jak Pan chce mogę ją poprosić.
-O ile to nie kłopot, chciałbym z nią zamienić kilka słów.
Po kilkunastu minutach i kilkudziesięciu guldenach wydanych na obiad i informację dowiedziałem się dwóch rzeczy. Po pierwsze, Zoppot jest zbyt drogi dla osób chcących codziennie jadać w restauracjach, albo ja po prostu byłem na to zbyt biedny, po drugie - i chyba nawet ważniejsze - przez trzy pierwsze dni obydwie dziewczyny wieczorami przychodziły do restauracji w towarzystwie dwóch mężczyzn. Zawsze tych samych, chyba nawet w podobnym wieku co one, z tego co powiedziała Hilda, cała czwórka wyglądała na dobrych znajomych. Do restauracji razem przychodzili i razem z niej wychodzili. Nasuwało to pewne skojarzenia, nie należało jednak niczego zakładać z góry, taką maksymę przekazano nam na przyśpieszonym kursie dla detektywów amatorów.
-Pamiętajcie, każda nawet najmniejsza poszlaka może mieć znaczenie, to że znaleźliście zakrwawiony nóż przy trupie nie oznacza, że to on był narzędziem zbrodni. Równie dobrze mogła nim być wisząca w szopie zakurzona siekiera, którą ktoś nagle wyczyścił, albo spoczywający w zardzewiałej pochwie miecz przodka. To, że jakiś fakt zdaję się na coś lub kogoś bezpośrednio wskazywać nie oznacza, że tak jest. Nam detektywom nie wolno niczego zakładać z góry. My nie mamy znaleźć sprawcy, mimo iż tego właśnie oczekuje od nas klient, dobry detektyw stara się wyjaśnić sprawę, znaleźć odpowiedź na pytanie „dlaczego?” a nie „kto?”. Szukanie sprawcy to droga na skróty, podążając nią dopasowujemy dowody do teorii, a powinniśmy robić na odwrót. Najpierw trzeba zebrać możliwie najwięcej informacji, a następnie na ich podstawie wysnuć własną teorię.
Postanowiłem w pełni zastosować się do rady mojego nauczyciela i zakupiłem bilet do Kollbergu. Trasa, zwłaszcza latem byłą dość oblegana, udało mi się jednak znaleźć wolne miejsce w wagonie wspólnym. Niedługo po odjeździe z dworca w Zoppot zjawili się celnicy, w towarzystwie strażników granicznych, jak zwykle sprawdzający czy pasażerowie nie wywożą z FreiStadt cennych dóbr kultury, waluty, kilkunastu butelek Goldwassera itd. Po odejściu celników nie mając specjalnie ochoty na rozmowę z współpodróżnymi wyjąłem najnowsze wydanie Neueste Nachrichten i zacząłem czytać. Najwięcej wiadomości dotyczyło zbliżających się igrzysk olimpijskich w Berlinie. Pisano również o załogach żeglarskich z FreiStadt startujących w regatach przedolimpijskich na trasie z Zoppot do Köln. „Nic ciekawego” – pomyślałem przerzucając kolejną stronę i odkładając na moment gazetę wyjrzałem przez okno. Jeszcze byliśmy w Polsce, na pewno minęliśmy Neustadt i chyba zbliżaliśmy się do Stolpu lub Lambergu. Powróciłem do lektury przelatując wzrokiem po nagłówkach artykułów, gdy w bocznej kolumnie zobaczyłem krótką notatkę: „We wtorek 21 lipca w późnych godzinach wieczornych zaginęła mieszkanka Marienburga Annete Stahm lat 16 przebywająca we FreiStadt na wakacjach wraz z rodziną. Zaginiona miała na sobie ciemnoniebieski płaszcz, białą koszulę i żółtą sukienkę. Włosy jasne, oczy niebiesko-szare...”.
Kolejna młoda dziewczyna zaginęła, było to co najmniej zastanawiające, ale chyba nie miało związku. Rozpoczynając swoją pracę jako detektyw we FreiStadt zacząłem od przejrzenia gazet z poprzedniego roku, szukałem informacji o kradzieżach, rabunkach, zabójstwach i oczywiście innych detektywach. Wertując zeszłoroczne dzienniki wielokrotnie napotykałem przestępstwa, które zdawało się coś łączyć, tu nastąpiła kradzież klejnotów rodowych i tu nastąpiła kradzież klejnotów, obydwa przestępstwa były dokonane nocą, złodziej działał w pojedynkę, a właściciel był ubezpieczony. Tylko w pierwszym przypadku to były mąż włamał się, chcąc zdobyć w ten sposób pieniądze na spłatę długów hazardowych, a w drugim to sam właściciel upozorował kradzież licząc na odszkodowanie.
Po raz kolejny powtórzyłem sobie w myślach żeby dostosowywać teorię do dowodów, a nie dowody do teorii i przewróciłem stronę zaczynając kolejny artykuł.
****
Kwadrans po 17 pociąg zatrzymał się w Kollbergu. Opuszczając wagon skierowałem się do dworcowego kiosku i zaopatrzyłem się w Kolberger Zeitung oraz plan miasta.
Kollberg jak na nadbałtycki kurort przystało powitał mnie morską bryzą i zapachem soli. Było ciepło, ale nie upalnie. Zaopatrzony w mapę oraz notes z zapisanymi adresami spacerowałem ulicami uzdrowiska szukając Fischerstrasse 15.
Na szczęście nie było to trudne zadanie, miasto było małe, na domach wisiały numery, a na skrzyżowaniach nazwy dróg.
W ciągu dwudziestu, dwudziestu pięciu minut od momentu opuszczenia dworca stanąłem przed prostą dwupiętrową kamienicą oznaczoną numerem 15. Zgodnie z informacją otrzymaną od Frau Landmann w tym budynku mieszkała Martha Zimmerling, szkolna koleżanka Charlotte i Kamile. Wszedłem do środka i pewnym krokiem skierowałem się na drugie piętro. Po chwili dotarłem na miejsce i zapukałem w pomalowane ciemnobrązową emalią drzwi z żelazną tabliczką, na której znajdował się napis ZIMMERLING. Niemal natychmiast drzwi otworzyła mała dziewczynka, najwyżej sześcioletnia i jeszcze lekko piskliwym głosikiem powiedziała:
-Dzień dobry.
-Dzień dobry, zastałem może rodziców, albo twoją starszą siostrę Marthe? – zapytałem, ale dziewczynka zamiast odpowiedzieć zostawiła otwarte drzwi i uciekła do środka krzycząc – Martha, Martha, jakiś stary pan do ciebie.
Minęła kolejna chwila i w wejściu pojawiła się kolejna twarz, tym razem znacznie starsza. Widocznie przyzwyczajona do otwierania drzwi przez dziewczynkę zanim spojrzała w moją stronę machinalnie powiedziała:
-Proszę wybaczyć mojej córce, jest jeszcze mała i nie wie jak się zachować, jak tylko słyszy dzwonek natychmiast biegnie i ... – przerwała. Na pewno to nie mnie spodziewała się zobaczyć, mimo wszystko dokończyła poprzednie zdanie – otwiera drzwi. Przepraszam, ale kim pan jest? Nie wygląda pan na nauczyciela, ojcem koleżanek Marthy chyba pan też nie jest?
-Natürlich, Frau Zimmerling. Nazywam się Gregor Steppe i jestem detektywem, i o ile nie jest to problem chciałbym pomówić ze starszą z Pani córek Marthą.
-Detektywem? Rozmawiać z Marthą? – powtórzyła za mną dodając na końcu znak zapytania – Chyba nie chodzi o zaginięcie Kamile i Charlotte?
Nie musiałem odpowiadać, Frau Zimmerling tylko rozejrzała się po korytarzu i zaprosiła mnie do środka.
-Martha jest w kuchni, proszę jej nie męczyć, to były jej najlepsze przyjaciółki.
-Rozumiem, postaram się zbytnio nie naciskać – powiedziałem i poszedłem za kobietą krótkim korytarzem do małej kuchni, w której siedziała siedemnastoletnia brunetka o średniej długości prostych włosach oraz mała dziewczynka – miłośniczka otwierania drzwi. Matka zawołała młodszą córkę do siebie i przedstawiła mnie Marthie.
-Detektyw? – Zapytała patrząc na mnie – Strata pieniędzy.
-Skąd wiesz młoda damo, może pracuję za darmo?
-Nikt nie pracuje za darmo, a już na pewno nie detektyw, ale jak już pan pofatygował się z FreiStadt to śmiało proszę pytać.
Już otwierałem usta, żeby zapytać jak się domyśliła skąd przyjechałem... ale czy rzeczywiście było to trudne. To właśnie we FreiStadt zaginęły obie dziewczynki i to tam pojechała Frau Landmann, a wkrótce po niej jej mąż łatwo się domyślić, że chcieli dowiedzieć się jak przebiega śledztwo, a zapewne także wynająć kogoś do odszukania zaginionej córki. Cóż dziewczyna była bystra i umiała kojarzyć fakty.
-Kiedy...-rozpocząłem pierwsze z serii tradycyjnych pytań, ale Martha była szybsza
-W czwartek 9 lipca wieczorem, Kamile i Charlotte przyszły pożegnać się ze mną, wyszły przed dziesiątą wieczorem.
-Czy...-drugiego pytania też nie zdążyłem rozpocząć, a już usłyszałem odpowiedź.
-Nie, wydawały się szczęśliwe i nie planowały ucieczki, obydwie miały dobre stosunki z rodzicami.
Uśmiechnąłem się pod nosem. Te same pytania, dokładnie w takiej samej kolejności zadawali jej policjanci, rodzice, a kto wie, może i inni detektywi. Było jednak jedno pytanie, którego Martha się nie spodziewał.
-Długo byłaś chora i kiedy ustaliłyście, że to akurat ty zachorujesz?
Dziewczyna osłupiała, miałem rację wszyscy pytali według wzoru i zadowalali się ogólnymi odpowiedziami.
Powtórzyłem pytanie:
-Skąd pan wie? – wykrzyknęła Martha
Zaalarmowana głośniejszym tonem matka niemal natychmiast przybiegła do kuchni:
-Miał pan zadać tylko kilka pytań, czy wyobraża pan sobie co ona teraz przeżywa?
-Mamo, już dobrze, nic się nie stało...
-Ależ stało się – powiedziała do córki – a pan detektywie – dodała zwracając się do mnie – niech w tej chwili opuści mój dom.
Nie oponując skierowałem się w stronę wyjścia mówiąc:
-Do widzenia, gdyby jednak zmieniły Panie zdanie, do jutra do godziny 13 będę w Hotelu Strandschloss – po czym dodałem patrząc na starszą córkę - Kto wie może pozostałe dwie rodziny będą bardziej rozmowne.
Nie myliłem się, groźba podzielenia się informacją dotyczącą rzekomej choroby Marthy podziałała. Tuż po wieczornej toalecie gdy już miałem zamiar położyć się do łóżka ktoś zapukał do drzwi. Narzuciłem na siebie szlafrok i otworzyłem. Za drzwiami stał boy hotelowy z kopertą:
-Wiadomość dla pana, Herr Steppe.
Otworzyłem kopertę, nie była zaklejona, a w jej środku znajdowała się kartką papieru w kratkę z kilkoma pośpiesznie zapisanymi słowami:
„Jutro o wschodzie słońca na molo”
Nie było podpisu, ale nie było on potrzebny, charakter pisma wyraźnie wskazywał na kobietę, a tylko dwie osoby wiedziały w jakim hotelu się zatrzymałem.
-Czy szanowny pan życzy sobie odpowiedzieć na wiadomość?
–Nie, dziękuję – odparłem zamykając drzwi boyowi tuż przed nosem.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy