Rosalie Moore 1.

Autor: mary666

Niewątpliwie uczucie, którym darzyłam Michaela, nazywało się miłością.

 

 

   - Michael, spójrz.. spadając gwiazda! – wskazuję palcem na czarne niebo. Podnosisz powieki i zerkasz w kierunku jasnego światełka.

   - Nie Rosalie, to jest samolot – odpowiadasz i znów uśmiechasz się do mnie sposób, który bardzo mnie zawstydza. Chwilę patrzysz na mnie i ponownie zamykasz oczy.

Leżymy obok siebie. Po chwili chwytasz mnie za rękę. Tak delikatnie, jak tylko potrafisz. Wzdycham rozmarzona. Czuję na sobie twój wzrok.

   - Nie rób tego, Michael… - proszę cię i zakrywam dłonią twoje oczy.

   - Nie lubisz mojego spojrzenia?

   - Chodzi właśnie o to, że je uwielbiam – odpowiadam z uśmiechem.

 

 

Srebrny księżyc oświetla silne ramiona Jacoba. Nasłuchuję jego spokojnego oddechu i patrzę na zmęczoną twarz. Na lewym policzku ma bliznę. Ma ją od dziecka. Delikatnie sunę po niej palcami.

   - Co się stało? – mówi Jacob, unosząc powieki.

   - Nic. Patrzę na ciebie.

   - Rosalie.. nie możesz zasnąć, tak? – chłopak całkowicie ignoruje moją wypowiedź i zaczyna głaskać mój policzek – Martwię się o ciebie.

Boże, Jacob. Nie powinieneś mówić mi takich rzeczy. Nie, kiedy jestem dla ciebie taka okropna. Powinieneś nakrzyczeć na mnie i wyrzucić mnie ze swojego domu – myślę.

   - Wszystko w porządku, śpij – szepczę i zamykam oczy. Skupiam się, by przywołać do siebie postać Michaela, jego uśmiech, wzrok. Przypominam sobie jego głos, którym wypowiadał takie słowa, że nawet teraz moje serce drży z miłości i radości.

   - Dobranoc – głos Jacoba jest już zbyt odległy, abym mogła na niego zareagować.

 

Michael.

Dotykam swoich ust. Jeszcze czuję na nich smak pełnego delikatnej czułości pocałunku.

 

 

 

7. Wiem, że znikniesz zaraz, gdy otworzę oczy.

 

Pomarańczowe promienie słońca stawały się już coraz mniej intensywne. Szarość wieczoru spowiła okolicę, a wzmagający się wiatr bezlitośnie szarpał za gałęzie drzew i wplatał się między zielone liście.

Drewniany zegar wybił godzinę dziewiętnastą trzydzieści.

 

Jacob od dłuższego czasu stał u progu salonu i obserwował drobną, skuloną na kanapie dziewczynę. Karmelowe oczy, w których przepychały się między sobą tęsknota i ból, upatrzyły sobie określony punkt na starej boazerii. Chłopak oparł głowę o drzwi i westchnął. Kąciki ust Rosalie uniosły się delikatnie w górę. Dziewczyna powoli wstała, założyła za uszy złote kosmyki włosów, którym udało uwolnić się z czarnej klamry i po chwili stanęła na wprost swojego wybranka.

   - Idę do pracy, kochanie – powiedział Jacob. Wcale nie musiał tego robić, ona doskonale wiedziała, że już czas. Bardzo nie lubiła, gdy chłopak chodził do pracy wieczorem. Myśl o samotnej nocy przyprawiała ją o łzy.

   - Wiem – miała głos zachrypnięty, jakby już od dawna się nie wypowiadała.

Jacob spojrzał na nią zmartwiony. Miłość w jego oczach sprawiała, że nie pragnęła niczego innego jak tylko wpaść w jego ramiona i zapomnieć się - choćby na chwilę. Ich twarze dzieliły zaledwie milimetry. Rosalie zamknęła oczy, gdy poczuła na policzku szorstki dotyk kilkudniowego zarostu, a zaraz po nim muśnięcie warg lekkie jak piórko.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy