62

Autor: Rekrijent

– Dobra, pora na mnie. Już czas stanąć na wysokości zadania i udowodnić, iż potrafię pokonać swoje lęki. Niech to będzie ostateczny sprawdzian moich umiejętności – pomyślałem, chcąc dodać sobie otuchy. Stojąc na jednym z wielu przystanków autobusowych, będąc w tej chwili jednym z wielu uczestników życia społecznego, zachowałem jednak trzeźwy umysł – czułem silny indywidualizm nie pozwalający mi się z nimi identyfikować. Uczyłem się na błędach, wielokrotne próby otwarcia się na ludzi w przeszłości skutkowały jedynie pogłębieniem awersji do nich, więc przestałem próbować.

Jednakże niezależnie od ogromu chęci, wychodzenia z domu nie da się zupełnie ograniczyć; nie można, na przykład, zerwać kontaktów z rodziną, tą wąską grupą ludzi, z którymi lubisz przebywać; jacy oni są wspaniali w porównaniu z resztą ludzi, z którymi niegdyś się zetknąłem. No cóż, jakoś jednak muszę ich odwiedzać.

Stojąc na przystanku, w otoczeniu obcych mi ludzi, jestem targany przez dwa zupełnie różne odczucia. Pierwsze to stan całkowitej apatii i niemożności postawienia się na równi z innymi, skrajne poczucie osobistej odrębności zahaczające o fobie społeczną. Drugim z kolei jest irracjonalna chęć nawiązania rozmowy z kimś z otoczenia, dialogu dotyczącego klasyki literatury lub jego preferowanego gatunku w sztuce. Niestety, jako że niezwykle powątpiewam w artystyczne zainteresowania mas pozostaje wierny pierwszemu stanowi emocjonalnemu.

Wtem zza zakrętu wyłania się znienawidzony przeze mnie środek transportu – autobus miejski, moje miejsce mentalnych tortur. Jakże nieadekwatny i mylący jest jego wygląd: poczciwie okrągłe reflektory, rozczulająco niezgrabny kształt i jaskrawo żółty kolor. Istota moich mąk.

Zbliżała się akcja właściwa, więc skupiłem się na defensywie. Nałożyłem słuchawki i w dźwiękach ,,O sole mio” w wykonaniu Luciano Pavarottiego czekałem, aż podjedzie bus. Zatrzymał się i otworzył drzwi. Musiałem przepuścić kilkoro ludzi ze względu na dobre wychowanie, jak i impertynenckie przepychanki, ale w końcu wsiadłem i zająłem wolne miejsce przy oknie, pozostawiając drugie obok wolne. Wiedziałem jednak, iż ze względu na mój wygląd najprawdopodobniej pozostanie ono puste, albowiem powszechnie znana jest awersja większości ludzi do młodych mężczyzn w skórzanych kurtkach z irokezem na głowie, nawet jeśli nie mają nic wspólnego z żadną subkulturą. Ruszyliśmy.

Podczas podróży starałem się skupić na krajobrazie miejskim, który mijaliśmy za oknami; na pięknych, lecz zaniedbanych kamieniczkach, ohydnych modernistycznych budynkach, czy rozległych, zielonych parkach. Przestrzeń ta była nader interesująca, lecz przy kalejdoskopie kolorowych impulsów i sygnałów, tłoczących się w autobusie, stawała się trywialna i nijaka wobec tego, z nieznanym mi wcześniej zainteresowaniem, zacząłem przyglądać się ludziom. Jacy oni byli pasjonujący! Najróżniejsze przykłady ludzkich indywiduów z wszelkimi możliwymi cechami fizycznymi. Wzrok przykuwał chociażby podstarzały grubas z rzędnącymi włosami, wpatrujący się cały czas w podłogę. Wydawał się tak poetycko rozżalony, jak gdyby wstydził się spojrzeć w oczy społeczeństwu, które wykreowało kult piękna, do którego on nie należał. Wielce interesującym był także potwornie chudy chłopak z długimi, tłustymi włosami, stale wpatrujący się w, komicznie wielki, ekran komórki. Ach! wyobraźcie sobie, iż wyświetla tam zdjęcie Arnolda Schwarzeneggera marząc by też tak wyglądać, jaki on zdaje się być wspaniale tragiczny. Jednak najbardziej intrygującymi postaciami były dwie młode dziewczyny stojące naprzeciw mnie. Ze swoimi czarnymi włosami, wulgarnie czerwonymi ustami i szarymi płaszczami były jak bliźnięta i jak one zdawały się mówić jednocześnie; sprawiały wrażenie wręcz absurdalnego dopełniania się nawzajem. Miałem wrażenie, że zdanie rozpoczęte przez pierwszą jest kończone przez drugą. Dosłownie nie zamykały im się usta. Było to o tyle ciekawe, że nikt inny nie śmiał nawet poruszyć wargami, jakby sparaliżowany mnogością osób nieznajomych, a one mówiły i mówiły, wzajemnie umacniając się w pewności siebie. Jakże to było…

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy