Bar "Zacisze"

Autor: kiel13

   Nie jestem jakimś koneserem kawy, ale to co podała mi zaspana rembrantowska Saskia, odziana w bazarową „Pradę”, można określić jako zamach islamskich fundamentalistów. Kiepskie zresztą odniesienie. Co jak co, ale kawę i bomby to oni robić umieją. A tu dostałem okropny, zwietrzały, brązowawy  proszek, zalany przed chwilą wrzątkiem z czajnika. Dobrze chociaż, że dziewczyna zamówiła herbatę. Jest szansa, że ekspresówka jaka moczyła się w szklance, nie została popełniona ze zmiotek z taśmy produkcyjnej w fabryce nawozów sztucznych. Zaniosłem ostrożnie szklanki do stolika. Klimatyzator męczył się straszliwie, próbując uczynić znośnym duszne powietrze lipcowego wieczoru. Od nagrzanych kostek betonu i blaszanej wiaty, stanowiącej niebo dla czterech dystrybutorów, buchało żarem całodniowego, trzydziestostopniowego upału.

Ta stacja lata świetności miała już za sobą. Odkąd wybudowano dwa kilometry stąd nitkę autostrady, stara „siódemka” stała się mało uczęszczaną drogą dla traktorów i lokalnych aborygenów. Przy nowej wybudowano nowoczesne stacje benzynowe w kolorach firmowych -  czerwonożółte „Orlenu” czy zielone „BP”. Wszystkie walone od jednego projektu i z jednakową, plastikową obsługą odzianą w nakrochmalone mundurki.

Tutaj wiało duchem poprzedniej epoki.  Nikt nie inwestował w to miejsce, istniejące jeszcze zapewne siłą inercji. Obok stacji dogorywał mały motelik, wykonany z klimatycznej wielkiej płyty, choć sam do wielkich nie należał. Ot, parę pokoi z wyposażeniem, które dziś się spotyka w czasie ulicznych wystawek lub  w pokojach zapomnianego przez władzę domu spokojnej starości. Biorę odpowiedzialność za to stwierdzenie, bo zarezerwowałem  przed godziną pokój w  „Zaciszu”. Desingu łazienki profilaktycznie nie sprawdziłem, ale specjalnej wyobraźni tu nie trzeba.

   Stoliki i krzesła w stacyjnym barze wyglądały jak ukradzione z pobliskich posesji. Plastikowe, przetrenowane życiem oraz niejednymi imieninami pana domu. Kawa i herbata natychmiast rozlały się, kiedy dotknąłem tych chybotliwych pomiotów współczesnych wtryskarek.

- Ty długo czekasz – uśmiechnęła się z wysiłkiem, odgarniając niesforną blond grzywkę z upodobaniem spadającą na oko – a u mienia czas. Ty dopłacisz djengi.

Nie wiem, co mnie podkusiło by zjechać z autostrady. Tym bardziej nie wiem dlaczego, zatrzymałem się na tym zasyfionym parkingu, na którym ją zobaczyłem w świetle reflektorów. Lateksowa miniówka, rajstopy z wielkimi oczkami, popularnie zwane „burdelówkami”, fioletowe szpile (ohyda) i sraczkowata koszulka bez rękawów, z wydrukowanym napisem „Help me”. Perwersyjnie prowokacyjny tekst.

   Nie była specjalnie ładna, a i ja nie miałem jakiegoś nadmiernego ciśnienia spermy na przysadkę mózgową.  Jednak się zatrzymałem i dogadałem. To znaczy ustaliłem łamaną polszczyzną , pięćdziesiąt,  ale jeśli pojedzie ze mną do pobliskiego motelu, stówa. Nie za bardzo chciała, chyba bała się trochę, lecz dodatkowa pięćdziesiątka plus obietnica szybkiej godziny przełamała opór. Ale minęły już prawie dwie, a my nic. Była wyraźnie zniecierpliwiona.

- Ty, czjas – wskazała na zegarek wiszący nad blatem.

- Dobra, dopłacę ci. Dawno tu jesteś?

Spojrzała na mnie podejrzliwie. Jakiś erotoman – gawędziarz.

- Knigu piszjesz, czy pieprzysz? –  „piszesz” zaciągnęła tak miękko. Rosyjski jest pięknym, melodyjnym językiem. Stwierdziłem również, sądząc  po reakcji w spodniach, że jednocześnie zmysłowym i prowokującym.

Miała cudne oczy. W zielonkawym odcieniu, ale naznaczone szarymi i brązowymi cętkami. Duże i lekko skośne. Zmęczone pod grubą warstwą tynku, agresywnie narzuconego przez pijanego tynkarza. Taka jej robota, to i stylizacja taka. Ale piękne były mimo tego. Tylko za te oczy bym zapłacił.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy