Fallout - Rozdział 3: Krypta 15

Autor: AS-R

            Już miałem odkręcić czubek i odpalić jedną z nich, kiedy tuż za rozpostartymi na oścież, dwuskrzydłowymi drzwiami wewnętrznej śluzy, dostrzegłem jak coś przechadza się zupełnie mnie ignorując.

            Oczywiście byłem skryty za kawałkiem krótkiej ściany. To coś niewątpliwie musiało mnie nie zauważyć. Musiało być ślepe, albo dysponowało bardzo słabym wzrokiem. Mimo to nie chciałem ryzykować i zgasiłem lampę PipBoy’a 2000, po czym schowałem go do plecaka.

            Wyjrzałem zza załomu. Ciemność uniemożliwiała dokładne określenie szczegółów, ale jak na człowieka, który przez całe życie buszował po wszystkich poziomach i korytarzach krypty, miałem przed sobą wierne odzwierciedlenie piętra medycznego. Uświadomił mi to kompletnie zdezelowany komputer i wyszczerbiony wentylator o pokrytych rdzą, pogiętych sztachetach.

            Potem coś zapiszczało. Chociaż nie, nie był to pisk. Raczej kwik. Kwik rozjuszonego warchlaka, któremu na leśnym kartoflisku większy kolega (również warchlak) zjadł największą i najpewniej najsmaczniejszą bulwę ziemniaczaną. Nie omieszkał przy tym skubnąć go, niby w zabawie z przekąsem, ale jednak boleśnie, w tylną racicę.

            Doszły mnie dźwięki kłębiącej się zawieruchy. Krzesząc w sobie nieco więcej odwagi wyjrzałem odrobinę bardziej starając się dostrzec, co właściwie wyrabia się w pomieszczeniu z windą.

            Dwa różowe, przypominające prosiaki kształty gryzły się, okładały łapami i skakały na siebie jak gdyby prowadziły śmiertelny pojedynek o utracony na kartoflowym poletku honor. Właściwie nie były to prosiaki. Bardziej prosiątka. Małe, znacznie mniejsze niż dorosłe wieprze i maciory. Rozmiarami podobne chyba właśnie do wspomnianych wcześniej warchlaków. Dość pulchne ze zwałami tłuszczyku obciągniętymi napiętą, ohydnie oszpeconą skórą, którą wszędzie porastały czarne, ropne bąble podobne do tych, które powstają na gęstej, oleistej ropie naftowej wyciekającej wprost z uszkodzonych szybów wiertniczych.

            Dwie maszkary, niewątpliwie odnajdujące w tym chorym i straconym świecie swój własny sposób na adoptację do powszechnego wszędzie promieniowania. Ich małe, czarne oczka wydawały się przepełnione podstępną wrednością, a cienkie, zniekształcone i pomarszczone ryjki zakończone potężnymi dziurami od nozdrzy niuchały nieustannie jak gdyby pomimo swych nieznacznych rozmiarów, małe prosięcia były wiecznie głodne.

            Chyba zbyt długo przyglądałem się tym pokrakom. Wydaje mi się, że Podręcznik Harcerza mógł wspominać o czymś, co zamieszkujący powierzchnię ludzie określali mianem „świnoszczurów”. Bałem się jednak prowadzić ów wywód głębiej. Jakkolwiek krzyżowały się ze sobą zmutowane szczury i świniaki, musiało to mieć wiele cech naturalnej kopulacji, a sama myśl o procesie zapłodnienia jednego gatunku przez drugi, cóż, przyprawiała mnie o niebezpieczny stan poprzedzający torsje. Nie miałem zresztą na to czasu. Prosiaczki straciły zainteresowanie swoimi małymi zapasami, a zamiast nich zaczęły niepokojąco unosić ryje do góry, niuchając przy tym i z wolna zerkając w kierunku śluzy.

            Już miałem sięgać po kolt 6520, kiedy z sąsiedniego pomieszczenia po prawej (tego prowadzącego do gabinetu medycznego dyżurującego przez dwadzieścia cztery godziny lekarza Krypty) dobiegł mnie odgłos czegoś ciężkiego, czegoś wielkiego i czegoś, co pocharkując, posykując i pokwikując jednocześnie sprawiało wrażenie groźnego.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy