INNA...(cz.XII)

Autor: agatkafrezja

Wraz z wiosną przyszły nowe siły, a w serce Adrianny wstąpiła ogromna nadzieja, że jeszcze będzie dobrze, że uda jej się jakoś przeżyć z dziećmi, pomimo to, iż Mateusz nie poczuwał się do płacenia alimentów. Decyzja o rozwodzie pęczniała w niej z każdym kolejnym dniem. Wiedziała, czego tak naprawdę chce od życia, a przede wszystkim wiedziała, że nie chce żyć tak, jak dotychczas. Mijały kolejne miesiące. Ada zaczęła się już nawet dowiadywać, w jaki sposób ma rozpocząć przygotowania do sprawy rozwodowej. Bardzo się bała całej tej sądowej szarpaniny. Któregoś wieczoru po prostu usiadła przed monitorem komputera i zaczęła pisać. Miała wzór, który zawierał jedynie kilka zdań, ale wiedziała przynajmniej, co powinien zawierać pozew. Pisała i pisała. Kilka razy litery się rozmazywały pod wpływem łez, które bezwiednie napływały do oczu. Kiedy skończyła i spojrzała na wszystko to, co wypłynęło wraz z bólem palącym serce, stwierdziła, iż tekst zajmuje prawie dwie strony.  Zastanawiała się, czy nie jest to zbyt wiele. Jednak nie było. Stanowczo nie! Kiedy próbowała usunąć choćby jedno zdanie, cała reszta wydawała się być jakaś niepełna i czytając pozostawiało niedosyt.
Na drugi dzień zwolniła się wcześniej z pracy i raźnym krokiem ruszyła do sądu. Przed samymi schodami zwolniła jednak. Szła powoli, bardzo powoli. Myślała nad tym wszystkim, co się skończy, jeśli złoży dokumenty. Co się skończy? Nie nie, może co się zacznie. Nad tym wszystkim, co ją ominęło przez te wszystkie lata, kiedy to podporządkowana całkowicie mężowi zatraciła gdzieś po drodze samą siebie. Otworzyła więc oczy, które same jakoś tak się zmrużyły nie wiadomo w którym momencie i wbiegła po kilkunastu schodach, a otwierając przeszklone, ciężkie drzwi, była już pewna każdego kolejnego gestu. Złożyła dokumenty w sekretariacie i odetchnęła z ulgą, choć przeczuwała, że to, co najgorsze i najbardziej niemiłe jeszcze przed nią dopiero. To jednak nie miało już najmniejszego znaczenia. W obliczu „lepszej przyszłości”, która będzie spokojniejsza i pewniejsza od każdej chwili, którą miała za sobą. Wychodząc z budynku odetchnęła z ulgą i pomaszerowała raźno do domu, gdzie czekały ją codzienne obowiązki. Tam, gdzie czuła się bezpieczna i gdzie przede wszystkim zawsze czekały na nią dzieci. To one dawały jej siłę, aby wstać kolejnego dnia z łóżka, aby iść do pracy, zrobić obiad, posprzątać mieszkanie, czy jechać z nimi na wycieczkę rowerową. To był sens życia…

 

 

c.d.n.

1

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy