Twinning Część 4

Autor: Kleve

         — Zaczyna się ściemniać — stwierdził, kiedy mógł już swobodniej oddychać. — Pora iść powęszyć.

         Pociąg wjechał na peron i pasażerowie tłumem opuścili przedziały. Piotr idąc za innymi kroczył w krok w krok, ocierając się, co chwilę o nieznanych mu ludzi. Mając dość tej ciasnoty skierował się ku głównemu holowi, pragnąc uzyskać trochę wolnej przestrzeni. Gdy tylko się tam znalazł, dostrzegł holograficzny plan miasta. Podszedł do niego bacznie się mu przyglądając. Wrocław naprawdę się rozrósł od momentu, kiedy ostatni raz tu był wiele lat temu. Wyjął mini komputer i podłączył go do konsoli, pobierając wybrany obszar do swojego urządzenia. Następnie odpiął przewód i ruszył ku znajdującym się na wprost ruchomym schodom. Wyjechał nimi na zewnątrz. Już z daleka, przed wyjściem z Dworca Głównego słyszał głośny świst wiatru. Kiepska pogoda na poszukiwania — pomyślał, wychodząc przez rozsuwające się drzwi na zatłoczoną, ruchliwą ulicę. Od razu, z miejsca ktoś na niego wpadł o mało go nie przewracając.

         — Uważaj jak łazisz! — krzyknął za znikającymi plecami jakiegoś przechodnia.

         Nie poznawał tego miejsca, idąc ku pierwszemu celowi. To do niego mógł skierować się osobnik, którego szukał. O ile należał on do pierwszej kategorii. Wydział podzielił, bowiem klony na trzy kategorie: Pierwszą kategorią były klony, które sądziły, że są prawdziwym człowiekiem. Drugim były te, które od początku wiedziały, że są tylko kopią, a ich jedynym zadaniem było zajęcie miejsca oryginału. Trzecią i ostatnią grupą były kopie, które nie miały zielonego pojęcia, kim są. Były one rzadkością. Nowicki jeszcze nigdy podczas długiej służby żadnego nie spotkał. Jeśli już taki klon przychodził na świat, to w wyniku jakiegoś błędu. Tworzenie takich wersji mijało się zupełnie z celem i najczęściej były one likwidowane zaraz po narodzinach przez swoich własnych stwórców.

         Pierwszymi miejscami, jakie chciał sprawdzić były przytułki. Wiedział on doskonale, że klon jest zdezorientowany i pozbawiony pieniędzy. Od razu uznał, że ma do czynienia z klonem pierwszej lub drugiej kategorii, dlatego też prawdopodobnie mógł on szukać schronienia w domu dla bezdomnych. Sprawdził każde w obrębie miasta, korzystając ze wszystkich dostępnych środków transportu. Niestety nie znalazł żadnego podejrzanie wyglądającego osobnika. Sądząc, że podąża złym tropem postanowił sprawdzić raporty policji. I tu również nic nie znalazł. Brak raportów o popełnionych morderstwach. Nie miał żadnego punktu zaczepienia. Pracując samemu, zdecydował się wynająć jakiś pokój w hotelu i przenocować. Powiadomił pracowników przytułków, aby dali mu znać, gdyby zjawił się ktoś dziwny. Nie musiał się spieszyć. Zazwyczaj klona ścigały całe zespoły ludzi, więc sprawa wbrew zapewnieniom jego szefa nie miała najwyższego priorytetu. Jak podejrzewał, były teść chciał się go po prostu na jakiś czas pozbyć. Nowicki zaś nie zamierzał na tą nieoczekiwaną rozłąkę narzekać. Wymyślił, że sprawdzi zapisy kamer i zdjęć satelitarnych i jeśli znajdzie pojazd, którym zabrał się klon, wtedy od razu go wyśledzi.

         Z takim postanowieniem w sercu minął stary kościół, w którym odbywała się popołudniowa msza. Ignorując dźwięk organów i śpiewających nielicznych wiernych zgromadzonych w środku skręcił w prawo. Ulica, w którą skręcił była pusta, a po lewej stronie stały opuszczone stragany i stoiska. Znalazł się w biedniejszej dzielnicy miasta. Oglądając straszące zakrzywione dachy starych kamienic, kroczył powoli, jakby był turystą, a nie tajnym agentem. Spoglądając na stojące latarnie rzucające na ponurą okolicę snopy światła, nadepnął na jakiś plastikowy przedmiot leżący na chodniku. Podniósł z ziemi brudną, pogiętą różdżkę. Oglądając ją ponownie poczuł narastający pomiędzy żebrami a mostkiem ból.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy