Zbiorowa pożoga

Autor: rybionok

W pokoju rodziców siedziało mnóstwo gości. Coś jedli, coś pili i głośno rozmawiali. Wymknęłam się stamtąd. Przecież i tak nikt mnie nie widział wcześniej. Byli zbyt zajęci dojrzałymi rozmowami, które według mnie można wpakować do jednego worka z podpisem  n i c. Zajęci mlaskaniem nie usłyszeli cichej myszki wychodzącej z pomieszczenia przepełnionego dymem papierosowym. Kto wie, może on też przyczynił się do zamaskowania mojej postaci?

Postanowiłam powiesić pranie. Wiem, że to nieładne i niegrzeczne kiedy to goście są za ścianą, ale coś trzeba było robić. Marnowanie czasu niestety nie dawało mi radości. Wybiegłam energicznie z miską prania, było go sporo. Na strychu szło się udusić. Pogoda od tygodni nie zaskakiwała. Chmury żałowały odrobinki deszczu, natomiast słońce dawało od siebie bardzo dużo. Gdy trzecia para spodni zawisła na sznurku coś mnie... zdziwiło. W misce było pełno wypranych zdjęć. Oj, jak to, tyle wywoływania na nic. Tyle pieniędzy szlag trafił. Zrozpaczona wieszałam biedne fotografie na sznurze. Może jednak ta pogoda na coś się przyda i wysuszy w mgnieniu oka te biedulki. Jednak widok wypranych zdjęć nie był czymś dziwnym jeśli spojrzeć na to, co za moment się wydarzyło. Otóż te podobno martwe przedmioty zaczęły się przemieszczać. Cichutko zsuwały się ze sznurka, żwawo wychodziły z miski i sunęły po brudnej podłodze strychu. Jak szkodniki. Z kąta w kąt i hop, schowały się tam, wróciły, a mnie wprawiły tym w osłupienie. Zabrałam ze sobą miskę i wycofałam się z dziwnego miejsca.

Goście już opuszczali moje mieszkanie, mama żegnała się z nimi uprzejmie, a ja wreszcie mogłam z nią porozmawiać. Nie spodziewałam się cudów, po prostu wzięłam ją ze sobą w to mroczne miejsce. Mama, sprzątając wzięła ze sobą siatę resztek. Położyła je przy ścianie, usiadła na plastikowym pudełku od proszku i czekała na potwierdzenie mojej baśniowej historii. Ja też czekałam i szczerze mówiąc modliłam się, żeby ta sytuacja się nie powtórzyła. Jakoś nie widzi mi się wyprowadzać. W życiu swym kupiłam wiele książek, mam sporo albumów ze zdjęciami (chociaż... może teraz już nie mam), sama kolekcja herbat zajmuje bardzo dużo miejsca. Nie oszukujmy się, dzielnica odstrasza. Wszędzie czają się ludzie odziani w trzy paski, źle wychowane dzieci, szatańskie psy i inne twory natury, które według mnie należy zamknąć na zupełnie innym kontynencie. Czy wtedy życie nie byłoby piękniejsze? Byłoby, ale to nie zmienia faktu, że rzeczywiście mam dużo do noszenia.

No i stało się, a ja jakby nie byłam zaskoczona. Bardziej zdziwiła mnie mina mamy gdy z siatki z resztkami wychodziły pudełka z kawałkami ciasta, jajka... i tak wędrowały po drewnianej podłodze. Roznosiły za sobą kurz . Delikatne jego obłoczki wirowały nad nimi, co sprawiało, że wyglądały dość mrocznie. Z otwartymi ustami obserwowałyśmy to całe zjawisko. Sunęły bezszelestnie i z gracją. Z jednego kąta wydobył się czerwony nadmuchany balonik z dwoma jajkami w środku. Jeszcze w skorupce. Szedł on w naszą stronę, ale nie pozwoliłam mu się dotknąć. Zniknął gdzieś, chociaż żadna z nas nie wie gdzie. Mam już powoli wstawała, westchnęła ciężko, jakby chciała mi powiedzieć, że niepotrzebnie ją w ogóle na ten strych zabierałam. Odwróciła się na pięcie i zostawiła mnie samą. Samą pośród cyrku przedmiotów. Czułam się jak w wesołym miasteczku. Albo w nawiedzonym miasteczku...

Spojrzałam przez okno. Drzewo, które stało tuż obok bloku zaczęło się palić. Mały płomyczek przerodził się w prawdziwą pożogę. Pojawił się ciemny, wręcz czarny dym i wdzierał się przez popękane szyby okien. Wybiegłam ze strychu i wołałam mamę na pomoc.

-Mamoooo! Mamooo! Zadzwoń na straż pożarną, pali się! - nie sposób było opisać mej paniki. Ręce i nogi drżały, a w gardle pojawiała się ogromna gula.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy