SKRZYDŁO ANIOŁA (II)

Autor: grendel

            Pierwsze drzwi, jakie Gabriel zobaczył po oderwaniu wzroku od „witryny zwierzeń” prowadziły do wnętrza taniego baru. Był to jeden z tych lokali, które były otwarte praktycznie przez całą dobę. Zachodzili tu głównie mężczyźni, którzy wracali z nocnej zmiany i często zdarzało się im zasiedzieć aż do popołudnia. Wypierani przez kończących pracę o piętnastej i później, szli do domu, posłuchać narzekań swoich żon, przyłożyć dla przykładu smarkaczom i złapać kilka godzin snu przed kolejną zmianą. Ich następcy zajmowali ciepłe jeszcze miejsca przy barze i stawiali sobie nawzajem coraz to nowe kolejki. Razem z piwem sączyli gorycz swojego życia, z pedantyczną dokładnością gasząc w popielniczce kolejny niedopałek. Wszyscy mieli jednakowe, monotonne życie, w którym od dawna nie wydarzyło się nic ciekawego. Podobni do siebie tym podobieństwem, które nadaje ludziom znienawidzoną często anonimowość, budzili zawsze jego litość.

            Czasami, do czego sam przed sobą przyznawał się ze wstydem, Gabriel gardził nimi. Dzisiaj każdy z nich budził w nim uczucie zazdrości. Chciał znaleźć się między nimi i choć przez chwilę poczuć się normalnie. Podświadomie czuł jednak, że nie będzie to już możliwe. Miał wrażenie, że od momentu rozstania z lekarzem otacza go niewidzialny kokon, który przepuszcza powietrze, światło i dźwięki, ale esencja prawdziwego życia spływa po nim, niczym strugi ulewy po szybie.

Zawahał się przez moment w progu. Przeszklone drzwi zadziałały jak lustro, w którym odbiła się czarna, pozbawiona szczegółów sylwetka pobliskiego kościoła. Krótki impuls dźgnął jego umysł, każąc mu pójść w tamtą stronę. Jednak wspomnienie Tamtego Wydarzenia szybko go stłumiło. Zacisnął gniewnie zęby, a potem wszedł do środka.

Pierwsze dwa drinki wypił przy barze, jeden po drugim. Potem zwolniło się miejsce przy stoliku, więc usiadł plecami do całej sali i już nieco wolniej zaczął opróżniać trzecią szklaneczkę. Zapalił papierosa i w zamyśleniu obserwował unoszący się ku leniwie pracującemu wentylatorowi dym. Błękitne pasemka wiły się w wężowych splotach i łączyły pod sufitem z innymi. Przez tę duszącą mgłę z przeciwległej ściany przyglądała mu się grupka drukowanych postaci, reklamujących jakąś markę papierosów. Potężny napis informował, że palaczom grozi rak. Ze zrozumiałych względów nie robiło to teraz na nim żadnego wrażenia. Rak, czy inne draństwo, co za różnica? Ważne, że koniec jest nieunikniony i to raczej wcześniej niż później. Z tą myślą zapalił kolejnego papierosa.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy