śnieżne zakręty

Autor: asza

Byłam zła. Jak miałam czuć się inaczej, skoro padał ciągle ten idiotyczny śnieg. A niechby prószył, i na tym mógłby być koniec. Nie, no skąd. Chodnik musiał być skuty lodem od końca do początku Warszawy.
A niechby było ślisko, i na tym mógłby być koniec. Nie, no skąd. Ja się musiałam spieszyć na wykłady. Więc co robiłam? Biegłam. Leciałam wręcz- chciałam zdążyć.
Nagle, lecąc tak, zauważyłam coś pięknego. Mniej więcej na wysokości moich oczu pojawił się ktoś mający na szyi cudowny szalik. Gruby, ciepły, wzorzysty, opatrzony frędzlami robił niesamowite wrażenie. Był blisko. Już prawie mogłam go dotknąć, kiedy… poczułam ogromny ból. Wyrżnęłam, jednak za chorobę nie mogłam skojarzyć, jak to się stało. Bardzo natomiast bolała mnie noga. Miałam ochotę krzyczeć, ale powstrzymał mnie widok centrum stolicy. W oczach zrobiło mi się jakoś ciepło i wilgotno…
- Nic się pani nie stało? - usłyszałam zszokowana bliskością nadawcy pytania. Popatrzyłam w stronę dobiegającego mnie dźwięku. Rzeczywiście, obok mnie przykucnął mężczyzna.
- Pewnie się z nim zderzyłam- pomyślałam, czując na policzkach zwiększające swój zasięg ciepło.
- Co za niezdara ze mnie. Nie wiem, dlaczego na panią wpadłem. Na pewno nic się pani nie stało? Może… - już nawet nie słuchałam, co mówi. Byłam poważnie spóźniona na wykład, w dodatku robiłam z siebie idiotkę przy… bardzo przystojnym facecie. On mówił, a ja przypatrywałam mu się ukradkiem. Facet miał duże ciemne oczy, ocienione długimi firankami rzęs, jasnoróżowe usta i lekki zarost. Jego włosów nie widziałam, bo miał czapkę na głowie, ale mogłabym przysiąc, iż były jasne. To wpatrywanie się przerwał mi głośny skowyt klaksonu. Ach, co za miasto - pomyślałam, wstając. Obcy mężczyzna właśnie kończył zdanie.
- …więc raz jeszcze przepraszam, a… - przerwał. Pewnie dlatego, że gdy już na dobre się podniosłam, upadłam z krzykiem. Miałam wrażenie, że moje kości w nodze wbiły się w siebie, co spowodowało tak wielki ból. Łzy mi pociekły po twarzy.
- Co się pani stało? Coś panią boli? - zapytał mężczyzna, pochylając się nade mną.
- Kolano… - odpowiedziałam z trudem.
- Ja panią zawiozę do szpitala. Mam samochód tu, za tą kawiarnią. Przeniosę panią do niego i zobaczymy, co się stało w nogę. Jestem ortopedą - zadeklarował bez zająknienia i delikatnie wziął mnie na ręce.
Zaimponował mi. Tak bym przynajmniej uważała, gdyby nie przeszywający ból w zgięciu dolnej kończyny. Tamtego dnia tylko się bałam, ale teraz mogę powiedzieć, iż jego poczynania - stanowcze i przemyślane – oraz spokój i zdecydowanie na twarzy sprawiły, że uważałam go za superbohatera.
Dotarliśmy do samochodu. Otworzył z lekkim trudem drzwi, ani na chwilę nie wypuszczając mnie z rąk. Powoli ułożył moje obolałe ciało na tylnym siedzeniu, po czym szybko znalazł się za kierownicą.
Przestałam płakać. Skłoniło mnie ku temu wyobrażenie mojej twarzy, którą od dzisiejszego ranka postanowiłam ozdabiać subtelnym makijażem. Ukradkiem wyciągnęłam z kieszeni zimowego palta chusteczki higieniczne i wytarłam nimi jeszcze mokre oblicze.
- Widzę, że już pani lepiej.
- Można tak powiedzieć - powiedziałam drżącym, jak zawsze po płaczu, głosem.
- Boli panią jeszcze?
- Tylko wtedy, kiedy ruszam nogę, Wie pan, myślę, że nie trzeba mnie wieźć do szpitala. Nic mi nie jest, a w dodatku trochę się spieszę…
- O, nie, nie. - Odparł, niszcząc mi nadzieję na szybki powrót na uczelnię. Wydawało mi się, czy rzeczywiście lekko się uśmiechnął? - Nie ma takiej opcji. Myślę, że pani kolano naprawdę wymaga porządnej obserwacji, skoro po niezbyt mocnym zderzeniu straciła pani równowagę. Proszę się nie martwić, już jesteśmy na miejscu.
W istocie. Właśnie zaparkował swoje auto przed ogromnym budynkiem szpitala.
- Proszę pana,

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy