Spacer po obwodzie

Autor: bartekzalewski

  Przysiadam na pniu. W tej samej chwili Hektor podbiega i wtyka mi w dłoń swój wilgotny, zimny nochal. Wierny przyjaciel chce wiedzieć, co mi jest, że nie idę dalej. Uspokajająco go głaszczę po łbie i patrzę w oddane ślepia. Szepczę kilka kojących zdań, zrozumiałych tylko dla niego. Hektor zadowolony, że nic się nie stało, zrywa do ponownych dzikich harców. Czasem chciałbym być na jego miejscu, nie mieć tych wszystkich gorzkich konkluzji. Nie chcę zdać sobie sprawy, że mam nad nim ogromną przewagę - rozsądek, który powinien już dawno temu mi nakazać otrząsnąć się z tego marazmu i iść naprzód.

  Właśnie. Rozsądek… Zawsze mi się zdawało, że mi go nie brak. A teraz tkwię w tym bagnie, które sam sobie stworzyłem i nijak nie chcę go opuścić. Wiem, że powinienem - ale nie potrafię. Chodzę w kółko, nawet dosłownie. Chodzę - wracam - chodzę. I rozmyślam. Godzinami myślę. O wszystkim. O sobie. O niej. O nas. Dlaczego? Po co? Kto winien? Niby mówiłem sobie, że to bez znaczenia. Ale to nieprawda. To ma znaczenie. Przynajmniej dla mnie. Warto by wiedzieć, że to wszystko jednak jej sprawka, że ja robiłem wszystko dobrze. Żałosna próba wybielenia swojej osoby, wdrapania się na cokół samoudręczenia, przystrojenia się w szaty cierpiętnika i trwania tak ku swojej chwale. Lecz w sumie wychodziło mi to średnio, żeby nie powiedzieć fatalnie. Łażę po lesie i użalam się nad sobą. Bo przecież tym to było - płaczliwym zapewnianiem siebie o niewinności. Niby ze mnie facet, a zachowuję się jak baba!

  To jednak musiała być miłość. A może jednak wcale nie? Może to tylko moja urażona duma, męskie ego wystawione na pośmiewisko. Bo nie mogę znieść odrzucenia. Jakkolwiek nie było - złamało mnie. Albo tak mi się zdaje. Możliwe, że mam w sobie tendencje do wyolbrzymiania spraw. Zabawny, żałosny dupek. Taki jestem. Dobrze, że chociaż mam tego świadomość. Więc czemu nie mogę po prostu iść dalej? Znaleźć sobie inną kobietę i utonąć w następnym związku? Czyżbym aż tak bardzo lubił zadawać sobie ból? Na zasadzie - cierpię, więc jestem? Być może. Nawet bardzo prawdopodobne. Nie ma to sensu, ale tak jest. Niczym spacer po obwodzie. Zamknięty jak w więzieniu, swoim własnym więzieniu.

  Nagle doszedł moich uszu jazgot Hektora. Szczekał jak najęty. Co tam szczekał - ujadał jak szalony. Ciekawe, co znalazł. Zająca? Jaszczurkę? Zabłąkanego w lesie kota?

  Przez rejwach przebijał się drugi, znacznie słabszy, ale bardziej piskliwy głos mniejszego psa. I krzyk kobiety. Zerwałem się na równe nogi. Hektor nie był groźny, ale obcy o tym nie wiedzieli. Jego szczekanie mogło nieźle kogoś nastraszyć. Powinien być w kagańcu, ale tutaj nikogo nigdy nie było, więc puszczałem go samopas. Teraz mnie to pokarało. Kierując się słuchem w kierunku dobiegających odgłosów, biegłem co sił w nogach. I w końcu dotarłem na miejsce. Moim oczom ukazał się widok, którego w zasadzie się spodziewałem. Hektor przywarował na przednich łapach i szczekał, radośnie machając ogonem w kierunku małego psa, najwyraźniej mieszańca, który dzielnie ochraniał stojącą za nim młodą dziewczynę. Jej jasnopopielaty płaszczyk opierał się o pień drzewa, beret obsunął się zawadiacko na głowie, a ręce usiłowały jednocześnie odciągnąć psa i go osłonić przed atakiem Hektora. Wyglądało to nawet dość zabawnie, choć pewnie tylko dla mnie, bo dziewczyna sprawiała wrażenie silnie wystraszonej. I wcale nie dziwota - mój wilczur naprawdę wyglądał groźnie, aczkolwiek był kompletnie nieszkodliwy. Jeśli ktoś o tym wiedział… Jego postawa raczej wyglądała jak zachęta do wspólnej zabawy niż rzeczywisty atak, gdyby chciał naprawdę zrobić krzywdę - z całą pewnością nie zdążyłbym zapobiec nieszczęściu.

 - Hektor! - Spojrzał na mnie z wyrzutem, że mu przerywam w tak ważnej chwili. - Hektor! Ale już! Odejdź!

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy