spowiedź pani Weroniki

Autor: hatrin
nkę. Dziwnie zainteresowała mnie sytuacja przyjazdu nowych ludzi. Podeszłam po małego płotka dzielącego nasze podwórka. Oparłam rączki na nim i przyglądałam się najpierw nadjeżdżającemu dużemu samochodowi, potem kierowcy, który wysiadł i biegł tworzyć drzwi od strony pasażera a potem tylnie. Wysiadła piękna kobieta o kruczo czarnych włosach a jej twarz zdawała się być pełna radości i ciepła. Zaraz za nią z samochodu wyszła mała dziewczynka.


Tu Weronika zatrzymała na chwile swoją opowieść. Po policzku spłynęła kolejna łza, potem następna i następna, coraz szybciej i szybciej. Sięgnęła po drugiego papierosa i wraz z pierwszym wydechem kontynuowała swoją spowiedź.


W pierwszej chwili nie mogłam uwierzyć na własne oczy. Nie znałam nikogo w moim wieku z okolicy a tu nagle ni z stąd ni zowąd zaraz obok mnie ma zamieszkać moja rówieśniczka? Byłam taka szczęśliwa, że moje samotne dni dobiegną końca. Kiedy tylko o tym pomyślałam moja nowa mała sąsiadka, podeszła do mnie i uśmiechnęła się najserdeczniej jak tylko umiała. Już wtedy wiedziałam, że od tego dnia wszystko się zmieni…


I tak było. Od tamtej chwili byłyśmy nierozłączne, jak dwie zagubione duszyczki, które gdy się już odnalazły, musiały do końca być blisko siebie. Nie znałam dotąd takiej więzi. Przyjaźń do tej pory nie istniała. Słyszałam o niej tylko z opowiadań babci, kiedy czytała mi je na dobranoc. Mama była zbyt pochłonięta pracą aby zajmować się mną. Wiele lat miałam do niej żal ale z upływem dni przeradzało się to w podziw. Była i jest wspaniałą matką, której nie było dane żyć w bogactwie. Wszystkie siły pokładała w zarobek, który i tak ledwo starczał dla naszej rodziny. Teraz to rozumiem doskonale, ale gdy byłam dzieckiem nie miało to dla mnie sensu, byłam tylko dzieckiem. Przyjaźń z Amelią była dla mnie największym skarbem mojego dzieciństwa i jest moją perłą do teraz ale...


Słowa Weroniki znów były przeplatane ze łzami ale przezwyciężyła chwile słabości.


Przez następne cztery lata nie mogłyśmy wytrzymać bez siebie nawet paru godzin a sąsiedztwo stało się najwspanialszą rodziną. Miałam wtedy dziesięć lat a wraz z dorastaniem przyszły kolejne zmiany. Niestety bardzo złe i stawały się jeszcze gorsze. I od tamtego dnia coś we mnie pękło. Mała wesoła dziewczynka straciła beztroską radość i nadzieje na lepsze jutro. Od tamtego czasu nie umiałam już żyć chwilą ale patrzyłam na świat z obawą o jutro. Dlaczego? To dobre pytanie…








***





Zbliżał się wieczór, wtedy dopiero pojawiałam się w domu. Wbiegłam wesoło po schodach od progu wesoło krzycząc ze wróciłam od Amelii. Ale w domu panowała dziwna cisza. Nikt nie przywitał mnie odwzajemnioną radością, nikt nie podszedł do mnie. Poczułam się dziwnie nieswojo, wiedziałam, że coś się stało ale bałam się tego. Wbiegłam do kuchni i zastałam tam mamę z chusteczką w ręku, jej twarz była zapuchnięta od łez. Ten widok był dla mnie największym ciosem jaki można sobie wyobrazić dla dziecka. Chciałam do niej podejść, przytulić się, zapytać co się stało ale nie byłam w stanie. Podniosła głowę i kazała iść do swojego pokoju. Pytałam dlaczego, pytałam i pytałam, musiałam wiedzieć ale moje słowa wywoływały coraz większy płacz. Byłam przerażona. Usłyszałam wtedy czyjeś kroki dochodzące ze schodów. Odwróciłam się i zobaczyłam tatę trzymającego dwie ogromne walizki. Patrzył się na mnie tym swoim dziwnym, zimnym wzrokiem. Nigdy nie byliśmy sobie bliscy tak jak z mamą, mimo tego, że widywałam ją tylko wieczorami. Nic nie rozumiałam, podeszłam do niego. Miałam tyle pytań, ale najwidoczniej on nie miał na nie odpowiedzi. Złapał walizki i wyszedł z domu. Pobiegłam za nim, mówiłam żeby się zatrzymał, powtarzałam to w kółko potem krzyczałam ale on się nawet nie odwrócił. Nie odezwał się do mnie słowem, nie przytulił mnie na pożegnanie, nie kiwną nawet głową. Podszedł do sw

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy