Suita na piłę

Autor: renhoelder
a. Oczywiście zwierzęta muszą jakoś się porozumiewać, przekazywać sobie nawzajem sekretne sygnały. I wycie wiatru w koronach drzew, szum opadającej na skały wody... to wszystko jest jak najbardziej dopuszczalne. To są święte prawa przyrody. Stałem się jednak zagorzałym wrogiem ludzkiej agresji dokonywanej na świętej ciszy i harmonii. Mój ojciec usuwał mi się z pola widzenia już wczesnym rankiem, a, jestem przekonany, że on w lesie niósł śmierć milczącą, jak drapieżnik. Nie usprawiedliwiałem go do końca, ale na obserwację jego przypadku postanowiłem dać sobie więcej czasu. Każdego dnia toczyłem więc ze sobą nieustające spory, czy i w jakim stopniu można uznać ojca za naturalną część ekosystemu na Wzgórzu Eliasza. Wydawał mi się on kimś odwiecznym, strażnikiem, który pilnuje, aby nieporządek nie zakradł się do norek w lesie nas otaczającym. Ale tak uważała jednak ciągle tylko połowa mnie... 


II. Allemande 

Boże, proszę, wybacz. Wygląda na to, że nie potrafię o wszystkich Twoich stworzeniach myśleć jednakowo.. Starałem się pokochać gołębie, ale nie potrafię. Są tak beznadziejnie głupie, wszystko mnie w nich denerwuje. Obrałeś je na symbol pokoju. Tłumaczę sobie co rano, że to się tyczy tylko białych gołębic, więc czuję się usprawiedliwiony, gdy sypię im kosmiczne ilości okruchów i z pierwotną radością zarzucam na nie sieci, gdy wydziobują swój ostatni posiłek. Nigdy nie widziałem w okolicy żadnej zbłąkanej białej gołębicy. Gdy tylko taką upatrzę, przysięgam, nie zrobię jej nic złego. Chociaż, wiesz, Boże, tak zupełnie z drugiej strony, czyż to nie najszlachetniejszy sposób pożegnania się ze światem? Zostać niejako złożonym w ofierze Tobie? Rozmyślam sobie tak często, za każdym niemal razem, jak tylko przygotowuję codzienną zasadzkę na gołębie. Ojcu staram się schodzić z drogi. Dostrzegam w jego oczach niebezpieczną zapowiedź szaleństwa. A szaleńcy brutalnie gwałcą moją najlepszą przyjaciółkę- ciszę. 
W starej, popłakującej wraz z wiatrem szopie, znalazłem schowaną w kącie piłę. Biedactwo, taka była smutna; podła rdza trawiła ją przez lata, wszyscy o niej zapomnieli. To zupełnie jak o mnie i o Dużym Snakeu. Od razu poczułem niesamowite braterstwo dusz z tym narzędziem, nie śmiejącym nawet pisnąć o swym podłym losie. Gdy gładziłem ją w kącie i przemawiałem doń czule, poczułem pod palcami jej pełne niedowierzania łzy. Tak, zaklinam się, że to prawda. Wilgoć nie odstępowała jej ani na chwilę, co dało zaprawdę wiarygodny efekt płaczu. Obiecałem mojej nowej siostrze w niedoli, że otrzyma należytą opiekę. Już następnego dnia rozpocząłem mozolną, czasami ryzykowną, zbiórkę złomu. Przeważnie puszki. Mam zamiar kupić specjalny preparat regenerujący dla mojej nowej przyjaciółki. Znalazłem puszkę po czymś takim w drugim końcu szopy. Będę walczył z rdzą, tak mi dopomóż Bóg. 
Coś chyba wydarzyło się w miasteczku. Kiedy rzucałem świeżo wypucowanym butom ostatnie, krytyczne spojrzenie, dzwony w kościele rozdzwoniły się na dobre. To nie ta pora, to nie ta pora... myślałem gorączkowo - oto ludzka nieprzewidywalność po raz kolejny naruszyła odwieczną harmonię. Pokręciłem tylko głową z dezaprobatą, w duchu obiecawszy sobie później zbadać anomalię. Przez szparę między deskami drzwi sprawdziłem, czy nie grozi mi spotkanie z ojcem, po czym, podsunąwszy sobie zydelek, dostałem się do szafki aptecznej ojca. Przede wszystkim cała masa piersiówek, niektóre z dawno zapomnianą zawartością, ale i kilka słoiczków z maściami i pomadami różnego rodzaju. Wybrałem tę najmniej śmierdzącą i wtarłem odrobinę w niesforne kołtuny, jak mawia ojciec, ganiając za mną z nożycami, gdy mu się przypomnę. Boże, nigdy nie dam mu ich obciąć, bądź spokojny, ślubowałem Ci przecież. Sam ogolę się na łyso, ale dopiero po wypełnieniu Misji, którą dla

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy