Suita na piłę

Autor: renhoelder
mnie przygotowałeś. Amen. 

III. Courante 

Panie, ptaki w niebiesiech nie pracują, a ty żywisz je i dajesz schronienie. Dziękuję Ci, że mogę stać się narzędziem w Twoich rękach. Ty mnie kształtuj jak glinę, napełniaj mnie Swoim duchem, pragnę służyć Tobie i z Twoim Imieniem na ustach radośnie wkroczyć do Twego Królestwa. Dziękuję za ten cudowny zachód słońca. Dziękuję za te trzciny i jeziora, pełne wszelakiej zwierzyny. Po dziecinnemu również, dzięki Ci ślę, Panie, ze te kilka miedziaków potrzebnych mi na uleczenie przyjaciółki mojej, siostry, oblubienicy. Bo ona to, stanie mi się niebawem opoką, pomocnicą w Misji. Rozmawiałem z nią. Wiem, że Ty ją wybrałeś dla mnie. Ona też to wie. Jesteśmy tacy szczęśliwi. Boże, ja sądzę, że to nie bluźnierstwo myśleć, że Duży Snake ma duszę. Jestem tego pewien. Codziennie z nim rozmawiam. Razem się modlimy. Proszę Cię, Boże, przyjmij go na Swoje niebieskie łąki, gdy będzie skrobał do Twych bram. Przeczuwam, że to nastąpi niebawem. Proszę Cię, wejrzyj na to biedne stworzenie, przez wzgląd na Twego skromnego sługę. 
Modliłem się niemal całą drogę do miasteczka. Modliłbym się i całą, ale coś mi nie pasowało. Mój wyczulony słuch wyłapał niedobre dźwięki gdzieś w przydrożnym rowie, za trzcinami. Ja wiem, że jest coś, co się nazywa wiatrem. Że po ziemi chodzi i pełza wszelakie Boże stworzenie. To jednak była bestia. Bestia, którą w niektórych momentach staje się człowiek. Niewiele myśląc, puściłem się w dół biegiem, potykając się o polne kamienie. Pod nogami kurzyło mi się obficie, ale nie zważałem na to. Muszę za wszelką cenę znaleźć się w miasteczku, Boże, Ojcze daj mi siły. Po niedługiej chwili już moi prześladowcy przestali kryć się po rowach. Moje koślawe nogi były poranione i zmęczone, stałem się zwierzyną łowną. Wiem, Boże, że pomożesz mi w tym wytrwać. Wiem, bo muszę wypełnić Misję. Ty jednak postanowiłeś doświadczyć Swego Sługę i powinienem czuć zaszczyt. Będę. Może kiedyś. Teraz jednak czuję wyłącznie bezgraniczne przerażenie i niepewność. 
Trzech o wiele lepiej rozwiniętych ode mnie fizycznie chłopaków, na oko tak jak ja znajdujących się na progu dorosłości i trzymająca się nieco na uboczu dziewczyna, lat piętnaście, znałem ją z widzenia. Ona i jej brat przychodzili co drugą środę do mojego ojca z jakimś interesem. Zawsze obserwowałem ją z mojej kryjówki. Teraz właśnie Mary Ann i Jacob, dzieciaki starego Barnaby Turnera i dwoje ich wspaniałych towarzyszy, otoczyli mnie na polnej drodze, a z ich przyczajonych w gotowości sylwetek wyzierał sam diabeł. 
- No i co powiesz, przykurcz?  zaczął młody Turner, jakby miał przywilej się do mnie zwracać, bo zna ojca. 
- Nie trać czasu, on nie mówi. On jest jakiś taki... niedorobiony frędzel.- pisnął stojący na lewo od Jacoba, młody byczek ze słomą wplątaną w czuprynę. Zauważyłem, że Mary Ann też miała taką słomę. Nasze spojrzenia się spotkały. Mary Ann schowała się za brata. 
- Ja... ja nie myślę, żeby to był dobry pomysł... zostawcie go.  wydukała. 
- No i dobrze, głupia ściero, że nie myślisz! Bo to nie twoja działka.  Jacob odtrącił ją brutalnie. Cały czas rozglądałem się za jakąś drogą ucieczki. Bestie jednak zacieśniały krąg wokół mnie, a u słomianego na ramieniu dostrzegłem przewieszoną wiatrówkę. 
- Może i niedojebany, ale jaki śliczniuni. Też z ciebie taka dziwka, jak z twojej matki?  Słowa tego z wiatrówką wzbudziły powszechną wesołość. Teraz już mierzył prosto we mnie. Reszta wstrzymała oddech, czekając na następny akt. 

IV. Sarabande 

- Hej, Spanky, on ma coś w sakiewce?  zawołał ten, na którego wołali Jo Jo. 
- Tylko miedziaki-brzęczaki. Będzie tego jakieś pięć dolcó

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy